sobota, 22 kwietnia 2017

Rejs


Ja to tak mam.
Myślę sobie, zrobię kartki, zaproszenia na Komunię Świętą Martynki, przecież kupować ze sklepu nie będę, bo to głupio, by rękodzielniczka jakieś kartki taśmowe kupowała... rozumiecie... myślę, że Ci, co tworzą wiedzą o co chodzi.
 Pokupowałam, co trzeba było, powyciągałam z pudełek, to co już miałam, rozłożyłam, ogólna wizja, jako taka już dawno się pojawiła, ale popracowałam nad szczegółami, by niespodzianek nie było.
Pranie do pralki, obiad wstawiony do piekarnika, dzieci przykazane miały, by na czas mamy Tworzenia, przez wielkie "T", zajęły się sobą....
Usiadłam przy biurku. Dobra, nie ma co zwlekać, jedziemy z robotą.
... trzy dni przymierzałam się do tych kartek, bo jak już usiadłam przy tym biurku, okazało się, że dzieci nie umieją wykonywać najprostszych czynności, zlew musiał się zapchać, pralka za szybko wyprała, a tu siku, głodny (a) czy coś w tym stylu.
Już pomijając fakt, że mimo ustalonych szczegółów w mojej twórczej główce, była przeraźliwa Pustka.
Pustka raz jeszcze.
A tę pustkę, co się nie da niczym zapełnić, to ja mam zawsze przed jakimkolwiek tworzeniem.
No nie wiem jak zrobić ten pierwszy krok. Od czego zacząć. Wymówek wtedy na ten czas, by odwlec, co nieuniknione to tysiąc... jak nie więcej.
Aż w końcu, wołam wszystkim głośno, że Tworzęęęęę...!
I nie przeszkadzać.
Ostatecznie, nieodwołanie. Natychmiast.
Zabieram się tak nieporadnie, odchodzę od biurka, po chwili wracam, coś dodam, odejmę i tak do czasu, aż wiatr w żagle...
I płynę z tworzeniem aż miło.
Pełen relaks, i fizyczny i umysłowy. Pasja jednak to pasja. Trzeba ją poczuć, by zrozumieć.
I w końcu, do portu zawitam niespodziewanie, kotwicę zrzucam, na znak, że to już finito... właśnie
... pozostaje później tęsknota, że już koniec, a tak fajnie było...
I myśl by w rejs wypłynąć raz jeszcze....

W własnoręcznym tworzeniu świetna sprawa jest z tym, że ze zwykłego papieru, kilku koraliczków, paru mediów, można wyczarować nie byle co :) Zakupy do zaproszeń, tam gdzie najczęściej Na-Strychu

środa, 19 kwietnia 2017

Święta


 

Jeszcze nigdy mi tak szybko święta nie minęły. A miałam tyle planów, że teraz jak o nich myślę, to śmiać mi się chce, z tej mojej naiwności. Jakby co roku było inaczej.
Pierwszy dzień, niemal cały spędziliśmy u Teściów, drugi miał być przeznaczony wyłącznie dla Nas... i to mniej więcej wyglądało tak... jest rano... jest wieczór. Koniec.
Chciałam aby było jak w reklamie, na obrazkach świątecznych a wyszło tak jak zwykle, bez pompy, z czasem uciekającym...
Ale były też takie chwile,  w których dzieci zajmując się sobą, na przykład czytając, oglądając książki, w coś tam grając nagle zrywały się, porzucając swoją zabawę i szturmem wpadały w moje ramiona, krzycząc, skacząc... wyściskały, wycałowały i pognały dalej.
Chciałam aby święta składały się wyłącznie z takich chwil. 
Chciałam abyśmy pograli w planszówki, wszyscy razem, z Tatą, bo przecież nie mamy Go na co dzień, o puzzlach marzyłam, że razem będziemy je układać. Nie udało się.
Czasu spędzonego w kuchni też nie miałam w planach.... haaahaaa.... na szczęście dzieci wiernie za mną, sama nie byłam. Ja gotowałam One czytały i rozmawiały, choć może w innej kolejności powinnam napisać...
Ale to, że ja w kuchni przy garach nie ma znaczenia, najważniejsze, że byliśmy w tej kuchni, że całkowicie niewymuszenie przyszli do mnie, by przy mnie te swoje książeczki przeglądać... jak o tym pomyślę, to mnie wzruszenie chwyta, bo przecież mogli siedzieć nadal w swoich pokojach, a tak jak usłyszeli, że idę gdzie idę, to tak naturalnie ze swoich pokoi udali się za mną.
Choć podejrzewam, że Przemek miał w tym jakiś cel, jak przystało na wiecznie głodnego.
Chciałabym aby za mną, tak niewymuszenie wyszli ze swoich pokoi, jak będą mieć 10, 15 lat... muszę zacząć lepiej gotować...
Poszliśmy razem na spacer. To się udało.
Biorąc powyższe pod uwagę i biorąc pod uwagę też to, że wolę skupiać się na pozytywnych aspektach niż roztrząsać to, co zmienić nie mogę... stwierdzam, że jednak były to najlepsze święta jakie mogłam sobie zamarzyć.
I powinnam przestać planować, bo zupełnie nic z tego nie wychodzi.

Na zdjęciach jest moja świąteczna zastawa, zbierana latami Chicken Festival JET, kupowana z różnych źródeł, ciężko ją dostać u nas w Polsce. Bardzo szkoda, bo jest naprawdę piękna, te kurki i kurczaczki tak uroczo spozierają znad talerzyka... myślę, że taki obraz z dzieciństwa zapamiętają Młodzi.
Wydmuszki jajek gęsie i kurze, to czyste rękodzieło od GonskaArt, są jeszcze piękniejsze niż na zdjęciu.
Na Śląsku jest taki zwyczaj, a piszę to tylko dlatego, że przez ponad 30 lat nie miałam o tym pojęcia, że w czasie świąt Wielkiej Nocy do dzieci przychodzi Zajączek z prezentami. To tak jak pod choinkę na Boże Narodzenie. Więc była okazja by rozszerzyć kolekcję syna i córce wręczyć kolejną pozycję o Neli.
Przemek zbiera figurki zwierząt, tym razem do kolekcji dołaczył Byk Teksański firmy Schleich. Polecam Wam te figurki, jedne z najlepszych, dopracowane, realne. I jak się dobrze poszuka po rożnych sklepach, można kupić po ciekawej cenie.
Martynka otrzymała książkę o Neli, Nela na 3 kontynentach i nic Jej więcej do szczęścia nie trzeba było...
Kurtka Martyny i Przemka z Tchibo