środa, 10 stycznia 2018

POŚWIĄTECZNE MIGAWKI

To były Święta szybkie i intensywne, jak co roku. 
Pomijając fakt, że  Wigilię miałam wcześniej niż wszyscy ;) (post Tutaj) w miarę zdążyłam ze wszystkim.  A czego nie zdążyłam pominęłam milczeniem. 
Muszę jednak zweryfikować swoje czynności przedświąteczne, bo ta gonitwa nieźle miesza mi w życiu, najwyższa pora wyciągnąć wnioski.
Po raz kolejny łapię się na tym, że gdybym nie miała zainteresowań żadnych, gdybym nie tworzyła, miałabym czas na spokojne przygotowania do Świąt. Do tego dochodzi te okropne "muszę sama".
Ja tak co roku mówię, ale jak Bóg da, przygotowania do świątecznych ozdób, prezentów zwłaszcza, zacznę już w sierpniu.
Poniżej są zdjęcia z okresu, przed, w trakcie i po świętach, takie szybkie migawki, bo nie było też myśli aby aparat wyciągnąć, chwile pomykały jedna za drugą..
Pierwszy tegoroczny post piszę teraz... zdumiona uświadamiam sobie, że już prawie pierwsza połowa stycznia.
Mimo, że za oknem wiosenna pogoda niemal, i że śnieg był tylko przez pierwszy tydzień grudnia, pozostajemy w świątecznym klimacie, ozdoby do pudeł chowamy pod koniec stycznia, na siłę wprowadzam klimat zimowy, maluję pejzaże, przynajmniej w ten sposób popatrzę sobie na śnieg. 
A na blogu przez ten pierwszy miesiąc Nowego Roku, zostawiać będę zimowe posty. 
To znaczy, postaram się :)



Naturalnie czas na czytanie też był. W ubiegłym roku, przeczytałam baaaardzo dużo książek, czytanych w każdej wolnej chwili, najczęściej późno w nocy, kiedy za oknem w innych domach światła już pogaszone. Nie wszystkie jednak zachwyciły mnie na tyle, by chcieć je widzieć u siebie na stronie, czy też na Instagramie pokazać.
Te, które widzicie są na tyle dobre (w mojej ocenie), że znalazły się w tym zestawieniu.

Aleja Siódmego Anioła, Renata Kosin, wyd. Filia Od początku zaczęła się tajemniczo, smutno niemal. Przez całe czytanie, nie mogłam przestać zastanawiać się, co też takiego autorka przeżyła. Końcówka zaskoczyła i nie zaskoczyła jednocześnie. Nie do końca spodobał mi się sposób myślenia głównej bohaterki, doszłam do tego dopiero na końcu. No cóż... ja postąpiłabym inaczej...
Książka napisana jest w sposób, do jakiego nie jestem przyzwyczajona. Dużo przemyśleń, analizy uczuć bohaterki, mniej dialogów, więcej roztrząsań. Książka luźno nieluźna, ale na poziomie. Więc polecam.

Cuda i cudeńka, Agnieszka Olejnik, wyd. Filia  Książka typu: na zewnątrz zawierucha, deszcze czy śnieg głośno uderza o okna, tworząc miniaturowe zaspy na parapecie, blask z okien, przez które przenika światło, opada na zaśnieżony trawnik... a my sobie siedzimy w cieplutkim fotelu przy kominku, czytamy. Obok może być nawet gęsta, gorąca czekolada na stoliczku.
Nigdzie się nie ruszamy, gdyż czytamy lekką, nastrojową, dobrze napisaną powieść...
Potem się okazuje, że tę przyjemność przedłużyć, gdyż to zaledwie pierwsza część, druga zapowiadana jest na wiosnę.

Pomiędzy nami góry, Charles Marin, wyd. Edipresse Podobno ta książka budzi sprzeciw innych czytelników, gdyż umiejętności, zwłaszcza głównego bohatera, są ... nierealne.  Taki ala MacGyver przez komandosa Navy Seals... ale gdy przestanie się o tym myśleć (da się), okazuje się, że to całkiem przyjemna lektura, z którą można przeżyć kilka godzin. Nawet znalazłam słowa, które nadają się do przemyśleń, na przykład: 
Kije i kamienie mogą połamać kości, ale jeżeli chce się kogoś zranić... tak naprawdę głęboko, używa się słów 
albo też... Nie mamy gwarancji, że nasze życie nagle się nie zakończy... Budzimy się każdego dnia, myśląc, że jutro obudzimy się także. A to niekoniecznie prawda

Gwiazdka z nieba, Katarzyna Michalak, wyd. Znak Jest z rodzaju tych, co można podjąć pod opis Cuda i Cudeńka. Dodatkowo, też okazuje się, że to pierwsza cześć, kontynuacja na wiosnę.
Ciepła, pogodna opowieść (mimo, że na początku wydarzyła się tragedia) przypomina mi filmy stworzone na podstawie powieści Nicholasa Sparksa. Taki klimat.




piątek, 29 grudnia 2017

O WIGILIJNEJ SIEROTCE MARYSI

W sobotę Wigilia, więc w piątek wieczorem wzięłam się ostro do przygotowań. Jeszcze do południa kończyłam ostatnie malowanie, a potem... że co, ja nie dam rady posprzątać domu do Świąt?! Mam na to kilka godzin, spokojnie wystarczy. Przecież nie muszę robić generalnych porządków.
Więc sobie spokojnie układam, przekładam, ganiam za mężem aby mi lampki nad blatem w kuchni zamontował, bo inaczej jeść nie dam. I proszę bardzo, by zrobił to jeszcze dzisiaj, bo jutro nie będzie na to czasu.
A On wyciąga drabinę, i jak nigdy nic robi... myślę sobie, co jest? Bez obowiązkowego proszenia, błagania, szantażowania...?
A On mi się pod nosem podśmiewa i dogaduje, że on to taki obowiązkowy jest, i jak obiecał, to robi... przed Wigilią, i niech sobie TO zapamiętam.
O 2 nad ranem myślę sobie, że nie dam rady, muszę się położyć, a od samego rana gotowanie.
Zamoczyłam fasolę na noc, co by można rano wziąć się za przyrządzanie kapusty z fasolą.
I pluję sobie w brodę, że nie wzięłam się za to wszystko wcześniej. W sierpniu zaczynam tworzenie, by na spokojnie ze wszystkim zdążyć, a tydzień przed Świętami będę gonić wszystkich by sprzątali po sobie, porządku będę pilnować.
Jak Cerber.
Ale...to taka moja tradycja - wygląda na to -  by robić wszystko na ostatnią chwilę i obiecywać sobie, że w kolejnym roku będzie inaczej, lepiej.


Dzień Wigilii

Wstaję...
Od razu biegnę do kuchni, fasolę na gazie załączam, planuję, za co pierwsze chwycić, jak teraz wyciągnę stolnicę, to zrobię uszka, potem buraczki na wrzątek, w międzyczasie... tak, jak się uwinę to dam radę... patrzę na zegarek w piekarniku, a tam... nie wierzę, przecieram oczy zdumiona... 10. 35!!!!
Adam!!!!
Dlaczego mnie nie obudziłeś?! Przecież Wigilia jest ... tyle roboty przede mną. Nieważne, że późno się położyłam, odpocznę sobie jutro w Święta. I co się śmiejesz się pytam?!
Przymykam oczy, uspakajam się... to jest TEN dzień. Dzień na który czekam przez cały rok. Od dziecka, przez te wszystkie lata.
Łopot skrzydeł w brzuchu, oczekiwanie na coś wspaniałego, w dzieciństwie pewnie o prezenty się rozchodziło a teraz myśli moje krążą wokół jedzenia :):):) Potrawy, które jemy tylko raz w roku.
Przenoszę swoją radość na dzieci, które skaczą i piszczą, też czują ten klimat.
Mąż zagania nas na śniadanie (które sam przygotował), wszyscy czujemy już podniosłą atmosferę. Może z wyjątkiem męża, który chichra się przy stole.
Udaję, że nie widzę. By się nie zdenerwować. Dziś jest ten dzień, w którym zgodnie z porzekadłem, jaka Wigilia taki cały rok.
Ale co popatrzy na mnie, to się śmieje. Strasznie to denerwujące, więc mówię groźnym tonem, by się uspokoił. Ale to go bardziej rozśmiesza.
Siedzimy wszyscy przy stole. Dzieci między sobą się przekomarzają, może to pójść w dwa kierunki; za chwilę będą się śmiać, albo będziemy ich rozdzielać.
Zerkam na nich, śledząc rozmowę, jednocześnie już jestem myślami w kilku miejscach na raz, kiedy słyszę głos Adama, który pyta się nas, co mamy w planach na dzisiejszy dzień:
- Posprzątam w swoim pokoju - mówi Martyna, co budzi naszą ogólną wesołość, oczywiście z docinkami, o wyzwaniu jaki ją czeka  - ubiorę dzisiaj na kolację, tę ciemną błyszczącą sukienkę mamo - zdecydowała
- Taaak... to dobry pomysł - odpowiadam
- Powiedz mi tato - mówi dalej Martyna - o której idziemy do babci? Tatooooo, zadzwoń do babci i zapytaj się, o której mamy przyjść, dobrze?
 - Nie trzeba dzwonić, idziemy, kiedy pierwsza gwiazdka na niebie będzie - odpowiada
- Ale o której?
- Jak posprzątasz -  A ty Przemek? Jaki masz plan na dzisiejszy dzień - zwraca się do syna
Okazuje się, że syn nie ma żadnych planów, będzie się bawił i tyle.
Wszyscy patrzą na mnie, jakie plany mam ja?
- Oho ho ho - wołam - jakie ja mam plany?  Muszę zrobić to i tamto - wyliczam. Mąż przytakuje grzecznie, zachęca do dalszych zwierzeń - na pewno zdążę wszystko zrobić, najwyżej z czegoś zrezygnuję
Następuje cisza, którą po chwili przerywa Adam.
-Muszę wam coś powiedzieć - wzdycha teatralnie - To jest takie wydarzenie, które dzieje się raz w roku - grzecznie przytakujemy-  I jest też taka wiadomość, którą jednym przy tym stole sprawię radość - zerka na mnie - a innych zasmucę - patrzy na dzieci. Następuje cisza, patrzymy na niego wszyscy w oczekiwaniu...

WIGILII DZISIAJ NIE BĘDZIE!

- Jak to nie będzie?!!! - woła Martyna podskakując, talerze na stole brzęknęły, ja patrzę na Adama zdumiona "Co on wygaduje?!!!" myślę sobie - jak to, wigilii nie będzie?!
....
......................
....
Okazało się -rzecz jasna -że mi się dni pomyliły.

A żeby ciągnąć nadal tę błazenadę, utrzymywał również córkę w błędzie, która wszystkim, kto chciał słuchać przekonywała, ze My wieczerzę mamy w sobotę.
Na przykład na zajęciach piątkowych na basenie, pytała się pana Dominika, kiedy ma Wigilię (chodziło jej o której), odpowiedział, że w niedzielę, na to Martyna, że ona ma w sobotę - To fajnie - odpowiada pan Dominik, dostaniesz wcześniej prezenty.
Albo u Babci Wiesi, Martyna przekonywała Ją, że Wigilia jest jutro, w sobotę... mrugnął tylko Babci, by zignorowała bajanie Martyny...
Oczywiście, że w sobotę Martynko, w niedzielę przecież jest pierwszy dzień świąt - tłumaczyłam Jej, kiedy z wątpliwościami wróciła w piątek ze szkoły.
Podobno miał ubaw w piątek kiedy latałam po pokojach i przygotowałam się do Wigilii, i z tego mojego wigilijnego" przemówienia w sobotę, i tej mojej "wigilijnej" euforii
...
a po co to wszystko?
Wiecie?
Po to abym zdążyła ze wszystkim na czas.



piątek, 22 grudnia 2017

NASZE GRUDNIOWE PODRÓŻE PO ŚWIĄTECZNYCH JARMARKACH

Czechowice - Dziedzice 

Pojechaliśmy na warsztaty organizowane przez magazyn oMatko! Zapisałam Martynę na tworzenie wianków z panią Kwiatkowską. 
Jak tam było fajnie!
Swego czasu sporo jeździłam na różnego rodzaju targi, jarmarki, kiermasze, głównie jako wystawca. Tym razem pojechałam jako obserwator. I powiem Wam, że niesamowita atmosfera, nigdzie podobnej nie odczułam. Byłam jedynie obserwatorem, a czułam się jakbym była u siebie, tak ciepła, rodzinna atmosfera była. Wyglądało to tak, jakby w tym dniu spotkali się sami przyjaciele. 
Poznałam blogerkę Julię Rozumek. Wystawiała swoje książki - jedną z nich nabyłam - plakaty, torby. Świetna dziewczyna, ma taki ciekawy chropowaty głos, niezwykle charyzmatyczna osóbka, roześmiana, gadatliwa, wymachująca non stop rękoma. Wspaniała! :)
Poznałam również panią, która stworzyła markę Ekopolka, świat jest taki mały, dzieli nas od siebie zaledwie kilka kilometrów. Zawsze wydawało mi się, że wszędzie mam daleko, a tu taka niespodzianka.
Trochę tych zdjęć będzie, bo jeszcze odwiedziliśmy dwa Jarmarki, zapraszam Was dalej...



Nikiszowiec

Trochę zaskoczył mnie ilością odwiedzających. Ludzi było tak dużo, że z czasem mieliśmy problemy z poruszaniem się. Nie byliśmy dłużej niż 1,5 godziny, trochę szkoda, miałam ochotę zobaczyć wszystkie stoiska, ale Młodzi mieli już dość.
Bardzo ucieszyłam się ze spotkania koleżanki (nie raz wystawiałyśmy się na tych samych targach), która szyje sympatyczne maskotki i ubranka dla nich, mamy Bat Misia (maskotka syna) teraz miałam sposobność kupić co innego. Na jednym ze zdjęć Martyna trzyma nasz nowy nabytek.... ale nie mogę przestać myśleć o tym brązowym stworku, co na brzuszku ma futerko a szyję owiniętą szalikiem....
Po Bat Misiu widzę, że to są dobre jakościowo maskotki, dobrze uszyte, kolorowe, takie chwytliwe. Koleżanka ma swoją stronę na FB Tutaj
Znalazłam też wspaniałe stoisko, kolorowe, bajeczne. To te na zdjęciach, zaraz po stoisku z maskotkami koleżanki. Ręcznie malowane bajkowe postaci, lustro w drewnianej ramie, napisy na deskach. Musiał mnie Adam odciągać, bo sama nie mogłam, naprawdę nie mogłam :)
Na stoisku stał mąż pani (bardzo sympatyczny zresztą), która owe obrazki stworzyła, jej strona jest Tutaj



Jarmark w Pszczynie

Trafiliśmy tam przypadkowo, akurat przejeżdżaliśmy, pomyśleliśmy, że wstąpimy, zobaczymy, co tam w parku przy zamkowym słychać. Ale nie doszliśmy do niego, bo w Rynku natrafiliśmy na Jarmark.
Malutki taki, kilka budek na krzyż, ale niezwykle klimatyczny, zwłaszcza kiedy zapadł zmrok i ukazało się oświetlenie.
Czyż nie piękne? Wielką atrakcją były sanie ze Św. Mikołajem, które przesuwały się po dachach budynków. A wcześniej szopka i rzecz jasna karuzela :)


Jutro Wigilia. 
Przed nami święta Bożego Narodzenia... naprawdę, ciężko mi w to uwierzyć. Jeszcze do niedawna mówiłam sobie, że mam czas, by zdążyć ze wszystkim.
Oczywiście myliłam się, być może to kwestia organizacji, a może dlatego, że zbyt wiele planów było, za dużo obowiązków, a ja sama, z dwoma rękoma (na szczęście! :) 
Udało mi się, zrobić własnoręcznie prezenty, już wysłałam, wiem, że dotarły. Dla siebie, do domu nie zdążyłam zrobić nic. Prawdę mówiąc, do roboty zabieram się właśnie teraz - choć wczoraj w nocy, piekłam smalcówki. Pisałam kiedyś o nich Tutaj
Dziś miałam piec pierniczki z dziećmi, ale tak się złożyło, że nie zdążyliśmy... upieczemy jutro.
Postanowiłam się nie denerwować, nie latać w tę i we wte, bałaganem się nie przejmuję, nic a nic. Musicie wiedzieć o mnie jedną rzecz: nie robię generalnych porządków na Święta. Nie mam takiej potrzeby, ponieważ mam taki dziwny zwyczaj, że takie generalne porządki robię raz w miesiącu.  Nie umiem przetrzeć szmatką kurzu omijając jakieś rzeczy... muszę wyciągnąć wszystko wytrzeć, wytrzepać, wysuszyć, ułożyć... mam taką zaleto wadę, muszę mieć wszystko ładnie ułożone, równiutko, na swoim miejscu, lubię porządek mieć, a najlepiej jak wszystko zrobię sama, to wtedy mam pewność, że jest tak jak powinno...
Więc... za chwilę wyłączę komputer i posprzątam pobieżnie, jutro wezmę się za gotowanie, mam zamiar się uśmiechać, mimo, że z czymś nie zdążę... bo na pewno tak się stanie. Jest tak co roku, to taka moja tradycja po prostu jest :)
Bo ja chciałabym aby było wszystko zapięte na ostatni guzik. Musiałabym nie spać :) A każdy ma swoje priorytety... czy moje dzieci będą szczęśliwsze, kiedy ja urobiona zamiast z nimi spędzać czas, będę się słaniać?
Więc staram się przymykać oko na nie zrobione ciasta... będą smalcówki, a jak zrobimy pierniczki, to pierniczki będą, przymknę oko, kiedy któreś z dzieci (mąż też) postawi coś nie tam gdzie powinien. Trudno. Czy świat mój się zawali, kiedy nie będzie coś stało na swoim miejscu? Chciałabym aby moje dzieci zapamiętały mnie jako mamę, która jest uśmiechnięta, która z nimi leży na podłodze i układa puzzle, która z nimi rozmawia i żartuje... a nie mamę, która jest w kuchni i myje naczynia, by czysto było po świątecznym obiedzie... myje naczynia sama, bo pozostali są w salonie i bawią się bez niej...
Weszłam na swój blog, by życzyć Wam Świąt w zdrowiu, w błogosławieństwie Bożym, w atmosferze, w której najlepiej się czujecie. 
Niech to Święta będą bez spięć, a pełne naszej wewnętrznej harmonii. 
Tego Wam i sobie życzę.