poniedziałek, 24 lipca 2017

Podarunki


Lubię wręczać prezenty, malutkie upominki, niekoniecznie z jakieś okazji, myślę, że to bardzo przyjemne tak wręczyć coś Komuś, a jak widzi się spontaniczną reakcję, zadowolenie, wzruszenie, to jest jeszcze przyjemniej.
A jak ma się zdolności manualne, jak się ma jakiekolwiek umiejętności, to ileż osób można uszczęśliwić! Serce człowieka jest na tyle duże, że można uszczknąć z niego małe cząstki i włożyć je do rąk drugiej osoby.
Serce każdego, kto posiada jakiekolwiek umiejętności i ma w sobie moc, by się nimi dzielić.
Ja teraz myślę głównie o rękodziele, bo ten temat jest mi naturalnie najbliższy, ale to oczywiście dotyczy każdego.
Swego czasu jeździłam na targi rękodzieła, jarmarki, tam spotykałam takie jak ja pasjonatki tworzenia, barwne postacie, kolorowe rozmowy, ile śmiechu, głośnych głosów, radości, ile marzeń wypowiedzianych przelatywało między stoiskami, nie da się opisać. A jak kończył się ostatni dzień, niektóre z nas wręczały sobie małe paczuszki, drobne, malutkie, wspaniałe pakuneczki a w środku serce, jego cząstka.
Pięć lat temu, kiedy założyłam bloga bardzo popularne było obdarowywanie się drobnymi upominkami, sławne wymianki... może ktoś pamięta... nie raz dodawało się dodatkowo coś od siebie, niespodziankę malutką, drobną, osobno zapakowaną cząstkę siebie...
Nie wiem jak u innych, ale mi zawsze przy tym towarzyszyła obawa czy nie przesadziłam, czy się komuś spodoba, czy przyjmie do swojego serca, czy się wzruszy...
Czy się komuś NAPRAWDĘ spodoba to, co zrobiłam.
Bo czasem tak jest, że my, osoby tworzące z pasją, żyjemy otoczeni ludźmi, którzy poza pracą i jedzeniem nie mają ochoty na nic więcej. Nie próbują, nie myślą nawet by wznieść się, ba! By spróbować chociaż wznieść się poza linię wyznaczoną. Z doświadczenia wiem, że takie osoby nie ucieszy podarunek zrobiony od serca... kupiony w sklepie ma dopiero wartość.
A przecież taki pakuneczek malutki ma siłę ogromną, moc niezwyciężoną. Życzliwość jest tam zapakowana, bezinteresowność, ślęczenie nocami nad małym skrawkiem, poświęcenie, rezygnacja z czegoś, wybór dokonany z myślą o Kimś... z myślą, że dla Kogoś, by zobaczyć uśmiech, oczy błyszczące radością, a czasem by przeprosić, gest ręki w ten sposób podać.... czy to wręczając własnoręcznie uszytą maskotkę, zrobioną kartkę, wiersz napisany, słoik dżemu z owoców czy warzyw zebranych, czy pomoc sąsiedzka przy jakimś drobnym problemie - coś od siebie, bezinteresownie, z serdecznością. Aż żyć się chce jak się tego doświadcza, w obydwu kierunkach, tak myślę.
Zazwyczaj wystarczy powiedzieć zwykłe - niezwykłe dziękuję a czasem, gdy się czuje większą wdzięczność to ma się ochotę równie na coś większego... pani z przedszkola, która na naszą prośbę zrobiła zdjęcie naszego dziecka podczas przedstawienia, zrobiła nawet więcej i zgrała na płytę, nieznajoma kasjerka, która wręczyła naszym dzieciom dodatkowe figurki, przy kasie... dyskretnie, widać przez to, że chyba nie powinna, równie nieznajomy pan, który widząc nasze zmagania z hulajnogą podchodzi do nas i pomaga ją rozłożyć, sąsiadka kilka domów dalej przynosi nam cebulki kwiatów, już zasadzonych w doniczki, bo kiedyś się z nią o tych kwiatach rozmawiało, pamiętała... i wiele innych przykładów ludzkiej życzliwości, osób które wcale nie musiały... a jak się tę kasjerkę widzi już coraz częściej, a tego pana od hulajnogi zaczyna coraz częściej spotykać, koło sąsiadki domu przechodzić co jakiś czas... to myśli same krążą wokół małego rękodzieła, ładnie zapakowanego... krążą wokół wdzięczności za całkowitą bezinteresowność.
Do tych, co wolą kupione niż zrobione ręcznie... mam słowa takie, a podejrzewam, że dodalibyście od siebie też... że taki drobny upominek też kosztuje, ma on jednak podwójną wartość. Jeżeli to ma znaczenie... a przecież wykonanie takiego upominku też kosztuje. Ceny za półprodukty, po zsumowaniu wcale nie są małe,a do tego dochodzi czas jaki pracy poświęcamy, nasze umiejętności, myśli i dobra energia, która się wchłania na każdym etapie tworzenia.
Efektem ubocznym, jak ja to nazywam, dla nas, twórców w tym przypadku jest to, że przy każdej osobie przez nas obdarowanej wzrastają nasze umiejętności, każdy drobny upominek to dla nas krok ku doskonałości, a więc coraz lepszej pracy i my o piękniejszym sercu...
Do siebie, i do wszystkich tworzących, co mają opory... dawajmy drobne upominki, przez nas wykonane. A jeżeli takowe otrzymamy, bądźmy zachwyceni, bo właśnie ktoś podarował nam cząstkę siebie.
Dawajmy nasze prace w prezencie.
Wkładajmy serce w to, co robimy, starajmy się aby praca przez nas wykonana wprawiała nas samych w zachwyt, by nie było poczucia bylejakości. Włóżmy w pracę naszą pasję i dzielmy się nią.
Można by powiedzieć, że użyłam dużo wzniosłych, niemal patetycznych słów do czegoś tak trywialnego jak podarunek, a zwłaszcza rękodzieło, ale dla mnie, rękodzielniczki, kochającej tworzenie, drobny upominek to taka forma przekazu, wdzięczność za życzliwość, za bezinteresowność ludzką.
Bo czasem czuję, że zwykłe dziękuję czy przepraszam, nie wystarcza.


Poduszki z różanymi aplikacjami oraz tulipany oczywiście to moje rękoczyny. Pojadą do mojej Siostry, która mieszka daleko ode mnie. A jak już tam u Niej będę zapewne zrobi mi jakiś lifting w swoim salonie kosmetycznym, pieniędzy jako zapłaty wziąć nie zechce, na pewno...
Projekt poduszek, nieco zmieniony przeze mnie zaczerpnęłam z książki Radosne dekoracje, Tone Finnanger.
Natomiast jak uszyć takie tulipany znalazłam Tutaj

środa, 19 lipca 2017

Momenty


Ostatnio ciągle jest przy mnie aparat i telefon. Telefon głównie ze względu na umieszczony w nim aparat.
I choć ze mnie żadna fotografka, laik jestem kompletny, wiedzy na temat fotografii nie mam żadnej, może jedynie wyczucie, ale to i też... tak odkryłam, że robienie zdjęć sprawia mi ogromnie dużo przyjemności. Zatem chodzę i fotografuję, łapię momenty, łapię też myśli, że szkoda, ze przy sobie sprzętu nie mam, bo fajne ujęcie by wyszło....
I tak się złożyło, zapewne przez tę moją firmę, co kiedyś ją miałam, że zdjęcia starałam się robić ładne, ciekawe, i tak to zostało i widzę, że się rozwija we mnie chęć aranżacji.
Ciekawe, co z tego w przyszłości wyniknie, bo nie ukrywam, że chciałabym rozwijać się dalej...
Na pierwszym zdjęciu jest taca, na której stoją szklanki z sokiem. To sok warzywny na zielono. Zrobiłam go wyciskając

  • seler naciowy
  • kilka liści jarmużu
  • 3 ogórki
  • główka brokułu


Więcej moich zdjęć możecie zobaczyć na instagramie Tutaj
Trochę jakby śmieszna sytuacja, bo jakbym sama sobie nie mogła zrobić, a wygląda, że nie mogę, bo wiadomo przecież, że szewc bez butów chodzi, to sobie kupiłam zakładkę do książki... cud, że się na to zdobyłam, bo lata mijają a ja sobie obiecuję, że tym razem zrobię dla siebie... cud może będzie większy, jak w końcu zrobię, ale zanim on nastąpi... miałam już dość tych skrawków byle czego, które do książki wpychałam by zaznaczyć ten moment, na którym skończyłam,.... ale do rzeczy.... fajna ta zakładka, myślałam, że jest kartonowa a okazała się metalowa, przyjemna w dotyku, trwała. I tak cudownie się ten pomponik majta. Kupiłam ją u blogerki Tutaj

środa, 12 lipca 2017

Spaghetti


Sos do spaghetti w torebkach, był ostatnim produktem z jakiego zrezygnowałam. Wzięło się to stąd, że zwyczajnie na świecie, nie wiedziałam jak go zrobić. I jak sprawić by też tak wspaniale smakowało, głowiłam się, co oni do tego proszku dają, że jest taki smak?
 To był jedyny powód, że przez wiele lat korzystałam z gotowych sosów.  A spaghetti lubię, Martynka jeszcze bardziej, Przemek też sobie nie żałuje, choć On nie zna innego niż mój własny, i myślę, że Martyna nie pamięta tego sztucznego.
Ten czas korzystania z gotowców, mogę podzielić na trzy okresy: pierwszy, pójście na łatwiznę i kupowanie taniego proszku, a przecież to żaden wysiłek, wystarczy wymieszać z wodą i sos jest, nie czułam motywacji do zmiany, drugi etap to pojawiająca się myśl, by to zmienić i bezradność, bo kompletnie nie wiedziałam jak się za to zabrać. Więc nadal nic nie robiłam. I wreszcie trzeci okres, kiedy spisałam, co potrzebuję, kupiłam i zrobiłam.
Najgorsza była pierwsza próba, potem z każdym zrobionym sosem było coraz lepiej. Aż w końcu opracowałam przepis, do którego co jakiś czas wracam.
Dzielę się, może i Wam się spodoba?
Ilość przypraw to sprawa indywidualna, ja lubię mało soli, więcej kurkumy, mniej cayenne...

Sos do spaghetti

  • ok 500 g mięsa mielonego z indyka
  • cebula
  • pół selera, duża marchewka, średnia pietruszka - starte na tarce o grubych oczkach
  • 3 duże ząbki czosnku*
  • 3 cm startego na drobno imbiru
  • 2 duże pomidory
  • przecier pomidorowy
  • pęczek natki pietruszki
  • świeża bazylia
  • łyżeczka oregano, pół łyżeczki ziół prowansalskich, pół łyżeczki soli, szczypta pieprzu cayenne, spora łyżeczka kurkumy, pół łyżeczki zataru

Smażymy cebulę na oleju aż do zeszklenia, dodajemy mięso mielone, smażymy aż mięso lekko zbrązowieje. Dodajemy starte warzywa, dusimy kilka minut, dodajemy przyprawy, imbir, na końcu czosnek dusimy często mieszając. Kiedy masa będzie sucha, dodajemy pokrojone pomidory, po 2 minutach przecier, po 5-6 minutach sos gotowy. Przed podaniem mieszamy sos z pokrojoną nacią

Talerz i miska, włoska ceramika, którą zbieram od lat, zakochana jestem całkowicie, tak jak w Bolesławcu. Bassano, starannie wykonane i pomalowane owoce, warzywa, grzyby, ptaki... mam talerz owalny ozdobiony kawałkami wędlin, kupiłam wiele lat temu, już nigdzie nie mogę znaleźć podobny,  prawdziwa ozdoba stołu, kupuję z różnych źródeł, ale ten talerz i miskę akurat znaleźć możecie Tutaj


* Zanim dodam zmiażdżone główki czosnku do potrawy, odstawiam na co najmniej 10 minut, aż wszelkie wartości odżywcze się uaktywnią