poniedziałek, 25 września 2017

Droga do spełnienia marzeń - ćwiczenia

Marzy mi się odkąd pamiętam, żeby ładnie malować. Nie, źle sformułowałam swoje myśli. Marzy mi się żeby malować, a w konsekwencji tego, by malunek był ładny. Chodzi o sam akt malowania.
Ale to zawsze były tylko słowa. Po wypowiedzeniu marzenia pochłaniała mnie rzeczywistość, w której na malowanie nie było miejsca. 
Nie mówię tu o braku czasu. Tego czasu niby nie ma, ale.... 
Przypomniały mi się pewne lata...
W liceum pisałam teksty do miejscowej gazety (dziwne, przy moich problemach z ortografią), pracowałam charytatywnie jako wolontariuszka w świetlicach, przy różnych akcjach, m.in. gminnych uroczystościach, przy WOŚP, konferencjach, należałam czynnie do miejscowego klubu młodzieżowego, nawet przez pewien okres do kółka teatralnego, uczyłam się śpiewać i grać na gitarze, dorabiałam na swoje potrzeby to tu to tam, zbierając złom, zioła, owoce. W ciągu 4 lat liceum opuściłam lekcje w szkole tylko 3 razy i to w ostatniej klasie ( nie miałam wyjścia).
Od razu po liceum, pracowałam na pełen etat, po godzinach pracy prowadziłam zajęcia w świetlicy środowiskowej, prowadziłam punkt biblioteczny, studiowałam w dużym mieście. Każde z tych zajęć było w innej miejscowości, a ja nie miałam samochodu, ani za bardzo nie stać mnie było na autobus, bo to co zarobiłam szło na studia. Przez 3 lata, codziennie. Jeździłam rowerem między miastem a wioskami. Gdy świeciło słońce, gdy padał deszcz, podczas burzy, gdy padał śnieg (nie raz w śnieżycy w ciemności, w zimie szybko robi się ciemno, ale mimo to jechałam na swoim górskim zawzięcie, bo wiedziałam, że Ktoś na mnie w tej świetlicy czeka). Raz nawet musiałam iść na nogach kilkanaście kilometrów, bo łańcuch zamarzł. W szkole starałam się mieć bardzo dobre stopnie. Jeszcze znalazłam czas by pójść na spacer, poczytać książki.... przesiadując w bibliotece.
Jak słyszę gdy ktoś mówi, że nie ma czasu, bądź gdy te słowa padają z moich ust, to czasem przypomnę sobie te lata... ahhhhh.... 
Pracy się nie boję. Wiem, co to wyrzeczenie,  poświęcenie. 
Ale dobrobyt rozleniwia. 
Teraz gdy jest mi ciepło, mam co jeść, żyję w spokoju, bardzo często zapominam o tym, że jestem w stanie znieść jeszcze więcej i jeszcze więcej wcisnąć w swój "brak czasu". 
A nigdy nie znalazłam owego czasu na to by spełniać swoje marzenia. 
W ogóle o tym nie myślałam. Spełniałam role, nie swoje.
Sądziłam, że studiując spełniam swoje marzenia (a to nic innego jak ego, teraz zdumiona widzę te trzy literki przed nazwiskiem, kiedy wiadome dla mnie jest, że najważniejszy dokument jaki posiadam, to prawo jazdy :), ale byłam w błędzie. Natomiast przy mnie nie było nikogo, kto mógłby mnie nakierować.
I wracają do mnie wspomnienia, kiedy moi rodzice zostali wezwani do szkoły (8 klasa, kiedy rozstrzygało się, co dalej) na rozmowę z panią dyrektor i panią od plastyki... że mam talent, że nie można go zmarnować, że szkoła plastyczna. Że szansa.
Przez 4 lata chodziłam do szkoły handlowej.
I zapomniałam, co mi w sercu gra.
Można przeżyć całe swoje życie i nigdy nie odkryć muzyki w sercu płynącej.
A w moim sercu artystyczna dusza gra. Która budzi się do życia i dopiero się uczy.
Lepiej późno niż wcale.
Dotarła do mnie informacja (w końcu), że marzeniom to trzeba jednak pomóc, by mogły się spełnić... jak same spełnić się nie mogą, a nie tylko mówić, ze się marzy. 
Więc po wielu, wielu latach chwyciłam ponownie za pędzel i spełniam swoje marzenia - ćwicząc malowanie :)



wtorek, 19 września 2017

Szary Różowy i jasne drewno (rzecz o małym remoncie)


W planach jest jeszcze większy remont, budujemy poddasze, ale póki co, co jakiś czas organizuję remonty mniejsze.
By ułagodzić swoją naturę, która wyrywa się do ciągłych zmian.
No nie lubię stać w miejscu, ku przerażeniu co po niektórych, albo lepiej to ujmując, "co po niektórego" ;) Bo mój mąż tak dla przykładu;  mieszkając w tym domu, od 10 lat zrobiliśmy 10 remontów, z mojej inicjatywy oczywiście. Gdyby to miało zależeć od Niego, to remontów byłoby 0.
Ostatnio napomknęłam, że potrzebuję dodatkowej lampy nad blatem w kuchni, to dosłownie zzieleniał.
Och... ja tę dodatkową lampę będę mieć, muszę jedynie cierpliwie poczekać aż dojrzeje... jak już zzieleniał, to do momentu aż dojrzeje minie dobre kilka miesięcy. Jak uda się ją zamontować do końca tego roku, to sukces będzie ogromny. Oczywiście, jak to u mnie, lampa to nie taka zwykła lampa, tylko trzy kable podpięte osobno i finezyjnie zwisające nad blatem. Przynajmniej będę mieć jasno i nie pociacham się przy krojeniu.
Od kilku lat jesteśmy w "trakcie" remontu, podnieśliśmy dach i "robimy" poddasze. Piszę te słowa w cudzysłowie, bo najzwyczajniej na świecie już chcę żyć bez widoku kartonów, i każda zwłoka z poddaszem doprowadza mnie do frustracji.
I żeby sobie ulżyć, wymyślam remonciki na dole.
Te poddasze to o tyle ważna sprawa, że od niego uzależniony jest dół. A ja już wszystko sobie zaplanowałam, nowe rozmieszczenie pokoi, zrywanie podłogi (zamiast paneli będą deski! :), cegła, drewno, kuchnię trzeba odnowić, bo jak ekipa weszła na górę to sufity popękały... fronty kuchenne nowe...
Zaczęłam już zbierać dodatki na górę, chowam je do wielkiego pudła z napisem Poddasze
W tym pudle mam dwie perełki; drewniane koła zdobyte na targu staroci, w bardzo dobrym stanie, stare ale zadbane, będą służyły jako lampy zwisające na łańcuchach. Na każdym półpiętrze na podłodze będą płytki marokańskie, bardzo bym chciała aby jak najszybciej trafiły do tego mojego pudła :) W pudle jest jeszcze zegar z tarczą postarzaną, z cyframi rzymskimi, o średnicy 80cm będzie wisieć na ceglanej ścianie na drugim półpiętrze.

Doczekać się nie mogę!

 Wychowałam się w pałacu (naprawdę :)) zamiast pokoi zwykłych były komnaty, przestrzenne, nasłonecznione, okna wysokie aż pod sam sufit... i wprost doczekać się nie mogę, że w końcu od podłogi do sufitu będzie u mnie więcej niż 2 metry, które mnie duszą niemal, te komnaty to jednak w krew mi weszły, choć Mąż nazwał to inaczej :).... zwał jak zwał ale będzie przestrzeń i będzie wysoko do sufitu. Tak jak lubię.
Przy kanapie, koniecznie rozkładanej dla gości, będzie stać skrzynia ala barek na wino w stylu kolonialnym (od 2010 mam wybrany model i aż się boję, że kiedy przyjdzie czas by go kupić to zabraknie), a na tym barku... między innymi piękny, rzeźbiony w drewnie pojemnik, z kryształowo drewnianą pokrywką, kupiłam ją na Westwing. Jak ten pojemnik zobaczyłam od razu wiedziałam, że to na ten barek, choć barku jeszcze nie mam... już widzę, jak wyciągam pojemnik z kartonu, delikatnym ruchem ocieram rękoma, by fakturę poczuć, chwytam nabożnie w dłonie i spokojnym krokiem, po schodach idę w kierunku poddasza, do skrzyni. Nachylam się i kładę na drewniany blat, a światło z okna dachowego wpada przez kryształowy uchwyt i rzuca białe cienie.... i nadziwić się nie mogę, że ten mój Mąż nie podziela mojej ekscytacji... Że niby mam się bardziej zajmować ociepleniem czy rekuperacją a nie takimi .... no :)
Mówię Mu, że lepiej wiedzieć, co gdzie ma być... gdzie stać albo na czym... niż nie wiedzieć. Mniej stresu. Ale On jest moje przeciwieństwo, więc rozumiem, że nie rozumie... choć naprawdę, ciężko mi czasami z tą wyrozumiałością. Bo ja Mu mówię, ze serce mocniej zabiło, że światełko nad głową się zapaliło jak cośśśś zobaczyłam, że to jest TO, co szukałam, że CZUJĘ, że to jest idealne na to miejsce... a on w odpowiedzi mówi, że w sercu czuje, że to, co czuje to są kątowniki i wełna.
Więc gdy się zorientowałam, że kolejny rok opóźnienia jest, nie ma szans, bym mogła zaadaptować te wymarzone metry kwadratowe, możecie się domyślić...
Więc sobie myślę tak - musicie wiedzieć o mnie, że przeszkody to ja lubię przeskakiwać, więc dosyć krótko było mi przykro, choć tęsknota jest nadal, bo od wielu lat żyjemy na kartonach i chciałabym już odpocząć, sięgnąć po coś na spokojnie a nie przekopywać się, do czegoś, co jest na samym dnie, pod wieloma pudełkami. Czasami się już odechciewa.
Najbardziej żal mi książek, wszystkie z czasów panieńskich, a mam ich dość sporo pochowane są w dużych pudłach, czasem mam ochotę obejrzeć , wrócić do pewnej książki, i nie raz zniechęcam się na wstępie bo ciężko się dostać...
Więc sobie myślę tak,  że jak już te poddasze zrobione będzie, to Martyna ze swojego pokoju przechodzi do sypialni, którą przerobi się na jej nowy pokój, tam będzie miała od razu garderobę, to taki pokój nastolatki już będzie... przy czym Ona tak bardzo chciała mieć łóżko piętrowe, a wiadomo, że mieć go w nowym pokoju nie będzie, a chciałam spełnić jej marzenie, więc mówię do Męża tak: Posłuchaj, spełnijmy marzenie Martyny, ona te łóżko piętrowe tak bardzo chce,od kilku lat o tym ciągle mówi. Jak już te poddasze będzie (?), to jej nowy pokój zastanie Ją, jak nastolatką będzie, już raczej nie będziemy nic zmieniać, prawda? Ostatecznie ten pokój zostanie... a co byś powiedział, gdybyśmy jej wstawili teraz łóżko piętrowe? Pomyśl... zdąży się nim nacieszyć, zanim przeniesie się do nowego pokoju, a później łóżko te odziedziczy po niej Przemek... no sam przyznaj, ze fajnie to wymyśliłam? No powiedz...
Rozmowa była w grudniu 2016, a w maju 2017 łóżko piętrowe już było wstawione(jakiś cud).
Łóżko sama zaprojektowałam, a znajomy stolarz wykonał. Idealnie się złożyło, bo wcześniej pokój Jej był już za bardzo kolorowy, więc trzeba było przemalować ściany. Trochę żal mi było Arielki i Trytona pod wodą, który kilka lat temu namalowałam na ścianie. Obraz został przemalowany i na jego miejsce namalowałam kropki.
Jeszcze trzeba w rogu przy oknie wmontować szafkę, gdzie mogłaby trzymać swoją drobnicę. Koniecznie z drzwiczkami, żebym nie widziała bałaganu (co oczy nie widzą temu sercu nie żal), który jest naturalnie przypisany do mojej Córy.
Ma to po Tacie.
Myślę, że to dobra zmiana, wprawdzie Martyna ma dopiero 8 lat, ale mam wrażenie, że wyrosła z Haby i Liliputiens. A ten teraz to takie przejście kolorystyczne do ostatecznego pokoju nastolatki;, nadal dziecięce ale już poważniejsze.

Jeżeli Jesteście ciekawi jak wyglądał pokój Martyny i moje malowidło na ścianie, to zobaczyć możecie Tutaj . Oraz początki, kiedy obraz powstawał Tutaj
Swego czasu odczułam brak deski do pisania, u siebie i u Martyny, zawsze kiedy widziałam, że pisze na kolanie a i mnie nie raz zdarzyło się podkładać książki pod kartkę, nachodziła mnie myśl, by nam jakąś deskę sprawić. Ale, że nie mogłam znaleźć nic ciekawego to wpadłam na pomysł, że kupię deski zwykłe i spróbuję namalować jakiś obrazek na nich. Deski przyszły, ale czasu zabrakło na malowanie, a wtedy całkiem przez przypadek w wyszukiwarce natrafiłam na te. Są od Green Gate, piękne. Szalenie ciężko było je znaleźć w polskim sklepie. Uwielbiam motywy drobnych różyczek, więc jak zobaczyłam tę deskę to oczy od razu mi się zaświeciły. Mamy dwie, jedna dla mnie druga dla Martyny. Kupiłam je Tutaj


poniedziałek, 4 września 2017

O moich książkowych odkryciach



W ostatnich tygodniach trochę poskakałam między pozycjami, zrobiłam sobie taki mini maraton, nie dałam sobie czasu na oddech między książkami, więc moje emocje i myśli były rozrzucane, porywane, otumanione, roztargane. Oczywiście w tym czasie, w dłonie wpadły mi też książki, które okazały się dla mnie nieciekawe, mimo, że kupiłam je właśnie ze względu na bardzo dobre opinie. Ale tak to już jest z tymi opiniami opisami, są całkowicie subiektywne, nawet gdy ktoś pisze je jako znawca. Ja jestem fascynatką książek, a moje opinie są całkowicie subiektywne. Zamiast opisywać samą książkę, wolę napisać jakie uczucia we mnie wywołała czytana pozycja. Świadoma jestem więc, że te uczucia mogą się u Was nie pojawić
A wybór książek pokazanych powyżej, całkiem niespodziewanie zaprowadził mnie w rejony zapomniane, mianowicie w fantastykę, nie żałuję nawet napiszę, że wręcz przeciwnie. Zachwycona jestem. Odświeżyłam też to, co kurz przybrudził.
Zaczynam od książek według kolejności czytania.

Tully. Paulina Simons To nie jest biografia, a miałam wrażenie jakbym o cudzym życiu czytała. Tak, ta książka jest o życiu pewnej dziewczyny -więc jakbym zaprzeczała sama sobie- ale taka właśnie ta książka jest. Nie biografia a niby biografia. Tak ją właśnie odbieram. Jest też dla mnie trochę osobista, bo trochę podobne przeżycia z dzieciństwa, wybory wprawdzie inne, ale konsekwencje zbliżone. Ta książka jest do przeżywania cudzej historii, wywoływania tego, co już było, dostrzeżenia pewnych problemów dzieciństwa, widzenia pewnych spraw innymi oczyma. Do uruchamiania empatii. Nie każdy ją zrozumie.
Tak sobie myślę... jeżeli czyta ją ktoś, kto miał dzieciństwo w miarę normalne to zawartość tej pozycji może okazać się jakąś odjechaną fikcją literacką, oderwaną od rzeczywistości. I wydaje mi się, że takie osoby, książka może trochę nużyć, może wydawać nierzeczywista a nawet... infantylna. Ale to pewnie do czasu, bo jestem pewna, że i tak porwie. 
Tully porusza do głębi, pokazuje portret psychologiczny osób trudnych, długo nie pozwala o sobie zapomnieć.

Księga I, II, III, IV Pellinoru (Dar, Zagadka, Kruk, Pieśń). Allison Croggon Przez przypadek pojawiły się w moim koszyku, podczas zakupów w markecie. Decydujący wpływ miała cena (z wyprzedaży, zapłaciłam za każdy tom 7,99zł), gdyż opis z tyłu okładki wypadł obiecująco. Pierwszy tom wzięłam do czytania zaraz  po Tully, więc to była miła dla wyobraźni odmiana. Od pierwszych kartek porwała mnie, rozkochała, przywiązała do siebie. Już na zawsze. Ja wiem, że tych książek się nie pozbędę, będą stać w mojej biblioteczce, wiem, że je Dzieci kiedyś przeczytają. Ja też te tomy jeszcze raz przeczytam, bo lubię wracać do książek, które tak pozytywnie oddziaływały na moje emocje. 
Księgi Pellinoru są o czarach, magikach, smokach i innych stworach. O błyskach, rzucaniu klątw, walce na miecze i za pomocą sił nadprzyrodzonych, o poświeceniu. O miłości,  która rozwijała się niemal niepostrzeżenie (dostrzegłam! z opóźnieniem ale dostrzegłam :) przez kolejne tomy
I to takim językiem napisane, takie dialogi wprowadzone, że nie wstydziłam się tego czytać. A musicie wiedzieć, że nie czytam tylko wyłącznie "luźne" książki, mimo, że na blogu tylko o takich piszę.
Już przy trzecim tomie zaczęła się pojawiać tęsknota i żal, że już niedługo przyjdzie mi się z nimi rozstać. W niecałe dwa tygodnie przeczytałam 1728 stron, więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo zostałam wciągnięta. Nie raz zdarzyło się, że zrezygnowałam z ważnych obowiązków domowych i innych na rzecz Daru, Zagadki, Kruka i Pieśni. Fantastykę da się czytać :)
Jak zabrałam się za zupełnie inną książkę, to przez dwa rozdziały tęsknota za Pellinorem jeszcze mnie trapiła.

Życie pasterza, Opowieść z Krainy Jezior. James Rebanks Trochę poczułam się... hm... dziwnie? Absurdalnie? Tak:  " absurd" to właściwe określenie, na to co poczułam kiedy przeszłam z książek Allison Croggon na Życie pasterza... z czytania o magii, chwytliwych opisach wędrówki bohaterów, walkach ze smokami i potworami na czytanie o ... owcach... :) Rozumiecie ten absurd? A najbardziej zaskakujące jest to, że o owcach można napisać całą książkę i to może być bardzo interesujące, nawet dla osoby, która na owcach się nie zna i nie planuje się znać. 
Życie pasterza to jest biografia; James Rebanks opisuje swoją drogę, którą musiał przebyć zanim ostatecznie został pasterzem (choć wydaje się, że był  nim zawsze, jak się urodził było to już przesądzone). Ale zanim oficjalnie został pasterzem owiec, przebył drogę długą, krętą i wyboistą.
Jak myślę teraz o tej książce, to pojawiają się oto takie trzy sformułowania: Ta książka jest szczera, jest to historia o pasji, jest to książka bez fajerwerków, spokojna. I bardzo dobrze, bo zwierzęta boją się głośnych wystrzałów.

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta. David Mitchell Bardzo dziwna książka. Dawno tak dziwnej książki nie czytałam. Książka niespodzianka i dlatego znalazła się w tym zestawieniu, od razu napiszę na wstępie. Już na początku czytania trzeba mieć otwarty umysł i śledzić uważnie tekst. Przykład: bohater zasypia i kończy się podrozdział. Zaczynam czytać kolejny, a dzieją się takie absurdalia, że myślę iż to ciągle sen. Czytam o tym śnie 4 strony i myślę sobie... długi ten sen... pogmatwany, chory jakiś... no i co się okazuje po kilku stronach? Że to nie sen! To działo się w tej książce naprawdę. Miałam ochotę rzucić ten gruby (617str ) prostokącik w kąt i nie zbliżać się do niego na wieki. Ale ja tak nie lubię, więc przewlokłam się przez jeszcze jeden rozdział, a potem... nagle... No muszę przyznać, że autor odrobił zadanie domowe. Ta książka wprost niespodziewanie wessała mnie, oczarowała. A to, że nie zrozumiałam początku wzięło się stąd, że nie miałam okazji dotąd czytać książek o kulturze Japonii, o Japończykach w ogóle. Przy trzecim japońskim nazwisku miałam mętlik w głowie, przy kolejnym dialogu już nie wiedziałam o co chodzi.  To nie wina książki, absolutnie. Książka jest na poziomie. Czytanie jej mogę zobrazować w sposób następujący: w wielkim ogromnym pudle, znajduje się mniejsze pudełko, z trudem się do niego dostajesz, ale okazuje się, że jest kolejne, a w nim kolejne i kolejne, aż w końcu docierasz do małego pudełeczka a tam... ogromna radość, przyjemne zaskoczenie, ekscytacja, bo nagle zrozumiałeś, że to maleństwo w środku całkowicie zrekompensowało te mozolne denerwujące wręcz otwieranie wielkich pudeł.
David Mitchell napisał też Atlas Chmur, książkę, którą mam wrażenie, wszyscy się zachwycali (oprócz mnie), że mądra, nietuzinkowa z przesłaniem... a do mnie nie dotarła, też taki zawiły język. Ale teraz myślę, że będę musiała do tego Atlasu Chmur jeszcze raz powrócić, bo wygląda na to, że to ja nie byłam wtedy gotowa by tę książkę przeczytać.
Uwaga! Są ilustracje! :):):)

Czereśnie zawsze muszą być dwie. Magdalena Witkiewicz Ależ fajna ta książka! Podoba mi się bardzo. Po "Tysiącach jesieni Jacoba..." miałam na koncie dwie całkiem nietrafione czytadła, więc tę przyjęłam jako dar. Już po pierwszej przeczytanej stronie wiedziałam, że spędzę przyjemnie czas. Ciepła, lekka, jak niedzielny familijny film. Potrzebowałam właśnie takiej książki, jak powietrza. Nie do końca potrafię połączyć tytuł z fabułą, ale to nie ma żadnego znaczenia, książka zupełnie nic na tym nie traci. Jak trafi się Wam jakaś czytelnicza porażka to tę książkę polecam na uspokojenie nerwów :) Przeczytałam ja w jeden dzień plus noc całą, rano byłam lekko nieprzytomna, ale warto było. Zaledwie 489 stron, ale musiałam sprzątać, gotować, prać prasować, odpowiadać na pytania i je zadawać też, rozwiązywać sprawy nie do rozwiązania.
Ach... bym zapomniała: duch też przez czas jakiś na tych stronicach jest bohaterem.

Opowieść o prawdziwym człowieku. Borys Polewoj  Mam sporo książek nowych, ledwo co kupionych i starych,  kupionych dawno ale nie przeczytanych, korzystam też z biblioteki w moim mieście, mam też swoją biblioteczkę, jest dość spora.
No więc zaczęłam się zastanawiać, którą czytać następną? Czy testować nowość? Czy starą, sprawdzoną. A jak starą, to jak bardzo, tę co przeczytałam 10, 20 lat temu, czy taką jeszcze za czasów dzieciństwa? Czy przetestować nowość i liczyć się z ewentualnym rozczarowaniem czy iść jak w dym z pewną książką? Zdecydowałam się na dzieciństwo. A za czasów dzieciństwa pamiętam dwie książki, które tak mną oczarowały, że nigdy ich nie zapomnę. Biały Bim Czarne Ucho, książka, która sprawiła, że płakałam pierwszy raz przy czytaniu oraz Opowieść o prawdziwym człowieku, książka, która wstrząsnęła, wzruszyła moim młodym duchem. Pod koniec lat 80 - tych w szkole zarządzono palenie książek. Nie pamiętam dlaczego, teraz myślę, że to dziwne było. Raz cichaczem zeszłam do kotłowni i widziałam buchający ogień, w rogu ściany góra książek, niektóre takie piękne, grube szyte grzbiety, okładki twarde, kolorowe... ogień połykający kolejne tomy. Poprosiłam czy nie mogłabym wziąć jakieś, pozwolono mi, wzięłam na szybko pierwsze lepsze z brzegu, ile moje dłonie zmieściły i uciekłam. Bo ta kotłownia taka straszna była. Jedną z uratowanych książek była Opowieść o prawdziwym człowieku. Dla mnie to książka życia, ma wartość emocjonalną rzecz jasna,  stawiam ją w regale książek ponadczasowych, książek mądrych z przesłaniem. Książek, które zastanawiają, podbudowują, odpowiadają na lakoniczne pytania o sens. Sens wszystkiego.
Ta książka w jakiś sposób mnie ukształtowała. Teraz, po latach, jako już dorosła osoba, wiem, że ja tę książkę potrzebowałam, ona musiała trafić w moje ręce. Całkiem na poważnie myślę, że to Mój Anioł Stróż pokierował moimi ruchami, w dół, do kotłowni - kiedy nigdy wcześniej ani potem tego nie robiłam, miałam może 9 lat? Nie umiałam za dobrze czytać, chyba nawet czytałam gorzej z całej klasy, książkami się nie interesowałam - by właśnie w ten dzień uratować ją od ognia. Ta książka uruchomiła moje marzenia. A były mi one bardzo potrzebne. Miałam 10 -11 lat kiedy ją przeczytałam po raz pierwszy, nigdy o niej nie zapomniałam. Niosę ją w sobie głęboko w sercu. Książka jest stara, kartki pożółkłe, pachnące starością (bajka!) okładka twarda, porządnie zszyta (mało tak fachowo zszytych jest książek w naszych czasach), język archaiczny... a właśnie język! Miód na serce czytać książkę w takim języku, cudowny! Znacie Na jagody, Marii Konopnickiej? Podobno wydano wersję nowoczesną, przełożoną na współczesny język, bo stary niezrozumiały dla współczesnych dzieci (i rodziców)... a ja ten język pamiętam, dzieciństwo mi przypomina... Dziadek do orzechów Hoffmanna, ten z ilustracjami Szancera, dwa lata temu Martynie czytałam i musiałam co drugie słowo tłumaczyć, bo dziecko nie wiedziało co czytam. Niesamowite naprawdę.W książce Polewoja jest właśnie ten język archaiczny... piękny, bogaty, mistrzowski. Zapomniany.
Opowieść o prawdziwym człowieku to biografia o Aleksjeju Mierjesjewie, radzieckim pilocie, który po amputacji obydwu nóg, powrócił do służby za stery samolotu. To jest biografia o człowieku niezłomnym, prawdziwym. To jest opowieść o bohaterze. To jest opowieść o wojnie.
W internecie jest sporo informacji na temat Mierjesjewa, wystarczy wpisać w  wyszukiwarkę, a wyskakują informacje dotyczące jego służby w wojsku. Sprawdziłam też dostępność książki, wydana została w roku 1958 przez wydawnictwo Iskry. Na Allegro za małe pieniądze, myślę, że w antykwariacie stacjonarnym taką perełkę można też dostać.
Polecam wam tę książkę szczególnie.