wtorek, 21 listopada 2017

LISTOPADOWE ZAWIESZKI NA GRUDNIOWĄ CHOINKĘ

Gorzej jest zacząć, czyli wyciągnąć, przeprasować, wyciąć, szyć... ale z tego wszystkiego najgorzej jest przewrócić na prawą stronę, zwłaszcza jak jest to maleństwo.
Ale jak już przewrócę i wypełnię watoliną, to... czuję ulgę, że przewracanie na prawą stronę jest już za mną :)
Ani razu nie pomyślałam karcąc siebie, że wymyśliłam taki szpetny wzór, co utrudnia przeciągnięcie noska na drugą stronę. Wiecie dlaczego? 

Bo ten wzór jest idealny.

Lepszego nie mogłam stworzyć. Nie wymagał od samego początku, żadnego dopracowywania. I najważniejsze, jest mój. 
To nic, że ciężko przecisnąć przez tę wąską szczelinkę, wiem po prostu, że ten etap w tworzeniu musi być zrealizowany, i to najlepiej z uśmiechem na twarzy, by dobra energia zaklęła się w tym buciku. 
Łyżewka jest malutka, razem z płozą ma ok 7cm, mieści się luzem w dłoni. Choć po zdjęciach tego nie widać.
Pojawiają się nowe wzory, będzie ich coraz więcej, choć te stare możecie zobaczyć Tutaj Tutaj Tutaj Tutaj
Koniecznie muszę Wam też wspomnieć, że czuję się niezwykle podekscytowana, kiedy aranżuję scenkę pod zdjęcia. 
Z całą pewnością, te wszystkie moje scenki nie są idealne, ale na ten moment w twórczości,  w jakim obecnie znajduję, aranżowanie przynosi mi ogromną radość. 
No lubię to robić! :)




środa, 15 listopada 2017

ŚNIADANIE BEZ UDZIAŁU CHLEBA - na szybko


Chciałam zrobić dzieciom niespodziankę na śniadanie, więc wymyśliłam sobie Śniadanie z Muminkami, jakoś tak się złożyło, że tych postaci w kuchni jest całkiem sporo. Zbierane od kilku lat garnuszki, kubki z roku na rok powiększają swoją liczebność, a moja ukryta (bo nie spodziewałam się) słabość do Muminków doprowadziła mnie do zagracenia w kuchni.
I tak kupuję, co jakiś czas, jak się nadarzy jakaś okazja, jakiś kubeczek, łyżeczkę, talerzyk...
Na temat tego śniadania miałam wspaniałe wyobrażenia, w praktyce okazało się, że jest tak jak zwykle. Więc zdjęcia są tylko do pewnego momentu, zresztą już na ostatnich ujęciach widać, że cośśśśś się zaczyna dziać: w pewnym momencie impreza przeniosła się na podłogę, kończąc część reprezentacyjną śniadania :)
Chciałam Wam pokazać herbatki i kawę z Muminkami, ale naprawdę nie zdążyłam sobie zrobić herbaty... To znaczy, herbatę zrobiłam, ale ekspresowo do kubka, nie było mowy o delektowaniu się... nie, ja tu narzekać nie będę, ale słuchajcie, napić się w spokoju herbaty, to człowiek chyba może?... Może? Okazuje się, że nie może! 
:)
Jak mam możliwość robię śniadanie bez dodatku chleba; śniadanie takie jak poniżej, albo omlet na kaszy jaglanej.

Śniadanie (na dwie porcje)

  • Opakowanie jajek przepiórczych
  • Pół łyżeczki oleju (koksowego)
  • 2 pomidory obrane ze skórki
  • Pół awokado
  • Łyżeczka oliwy z oliwek (z tłoczenia na zimno)
  • Szczypta czubrycy, czarnuszki
  • Garść kiełek na patelnię
  • Szczypta soli
Jajka smażymy z odrobiną soli, na końcu dodajemy czubrycę. Jajecznicę wykładamy na talerze, ozdabiamy cząstkami pomidorów, awokado, posypujemy kiełkami, czarnuszką, kropimy oliwą.




niedziela, 12 listopada 2017

POŁĄCZENIE PRZYJEMNEGO Z POŻYTECZNYM- wizyta na basenie



Jakiś czas temu wychodziłam z pewnego marketu, przy drzwiach stała nadal Pani z puszką, zbierała pieniądze dla malutkiej dziewczynki, chorej na serce. Piszę nadal, bo wchodząc do sklepu dzieci moje wrzuciły pieniądze, a w sklepie zapomnieliśmy o czasie w dziale z książkami, długo byliśmy w środku... więc wychodząc ze sklepu, Pani ta nadal stała przy drzwiach, pożegnała nas uśmiechem, po kilku krokach odwróciłam się za nią. Właśnie wychodzili kolejni klienci, pani z puszką zaczęła coś do nich mówić, ale ominęli ją nawet nie patrząc, widziałam jej twarz.... i tak cały czas mam ten widok przed oczyma, choć minęło trochę czasu, ale nie może mi ten obraz zblaknąć. Nie może.
To był wyraz upokorzenia, wstydu....
A przecież stała pod sklepem w imię dziecka, którego najprawdopodobniej nie znała.... Było zimno, miała czerwone policzki i nos, na pewno marzła.
I nie, nie jestem święta.
I że daję cały czas do puszki, bo nie daję. Nie daję, gdy nie mam pieniędzy w portfelu, gdy z samą kartą do sklepu idę. Jak mam jedynie grosz, dam grosz. Ale to teraz....
Pamiętam, jak kiedyś, daaaawno temu, wychodząc ze sklepu czy z jakiegoś innego miejsca, udawałam, że nie widzę osoby stojącej z puszką, zbierającej pieniądze, najczęściej, dla dziecka w potrzebie. Pamiętam.... uczucie zażenowania, strachu? By jak najszybciej przejść, minąć zagrożenie, ze schyloną głową... pamiętam te uczucie... a ten portfel z tymi drobnymi aż mnie parzył. Nigdy dotąd nie zastanawiałam się nad tym, jak to może wyglądać z drugiej strony.
I nie... nie ganię się za to. Biorę to na klatę. Dałam sobie prawo do popełnienia błędu.
Cieszę się, że udało mi się stać lepszym człowiekiem.
Może nie, nie stać... bo bycie lepszym człowiekiem, to rozłożone jest na całe życie, powinnam napisać, że staram się świadomie być lepszym człowiekiem.
Jak piszą do mnie osoby, proszące bym wsparła ich akcje swoim rękodziełem, jak mogę wspieram. Choć nie zawsze jest to dla mnie łatwe, bo nie śpię na pieniądzach, a to co stworzę to mnie przecież kosztuje, pokrywam też koszty przesyłki... ale jak napisałam, jak mogę w danej chwili, to pomagam.
Pomagam, bo jak sobie pomyślę... jak sobie wyobrażę.... że role się mogą odwrócić....
Jak pomyślę... jak sobie ten scenariusz wyobrażę....
Pana Adama znamy od kilku lat, Martynka miała roczek skończony jak pierwszy raz poszliśmy z Nią na zajęcia w basenie. Potem poznaliśmy panią Hanię. Przez 5,6 lat w miarę systematycznie córka uczęszczała na naukę pływania. Na świecie pojawił się Przemek, i to było oczywiste, że pana Adama i panią Hanie też poznać musi.
Po tych wszystkich latach, teraz jak piszę, myślę, że z Nimi kontakt, to jest na całe życie. Mimo, że widzieć się nie będziemy, bo kiedyś nasze drogi rozejść się muszą, to w pamięci i w sercu zostanie nam Ich wspaniały obraz.
Bardzo żałujemy, że musieli zmienić lokalizację. I teraz jak jesteśmy w trakcie pierwszego sezonu bez Pływania Szkrabów, odczuwamy dosyć mocno ich brak. Ze względu na Przemka, przede wszystkim, On jeszcze nie rozpoczął na dobre nauki a nie ma już w naszej okolicy żadnej takiej szkoły.
Bo pan Adam z panią Hanią, stworzyli niezawodny zespół. Profesjonalni, oddani, wyrozumiali, ciepli, obydwoje charyzmatyczni, moje dzieci pod ich skrzydłami czuły się bezpiecznie.
Jeżeli zastanawiacie się nad nauką pływania dla swoich dzieci to polecam Wam z całego serca. Szkół nauki pływania dla dzieci jest wiele i jeżeli natraficie na wspaniałych instruktorów, tak jak my mieliśmy szczęście, można odznaczyć to jako ogromny sukces w drodze do pełnego rozwoju dziecka.
Martynka od samego początku jest wesołą dziewczynką, wrażliwą, wstydliwą czego nie widać na pierwszy rzut oka.
Ja mam w sobie sporo blokad, jestem pewna, że przerzuciłabym je na swoją córkę, bardzo dobrze że w odpowiednim momencie natrafiliśmy na odpowiednich instruktorów. Martyna wody się nie boi.
Jest też jedna kwestia, jeżeli chodzi o naukę pływania, która dla naszej rodziny miała ogromne znaczenie. Mianowicie o więź jaka się tworzy z rodzicem podczas takich zajęć.
Mąż przez pierwsze lata życia córki, ze względu na swoją pracę ( i nie pracę), nie miał z Nią prawie w ogóle kontaktu. Martyna od rana do wieczora, przez cały tydzień, miesiące spędzała ze mną, bardzo szybko stałam się centrum, a mąż jakimś obrzeżem. Wiedziałam, jakie niesie to zagrożenie dla naszej małej rodziny.
Raz w tygodniu zabierał ją na godzinę, walczyłam o to mocno, by ta godzina, była ich, by spędzili ją razem, beze mnie.
Po prostu wiedziałam, że jak mąż nie spędzi ten skrawek czasu sam na sam z córką, nie będzie mowy o jakimkolwiek podłożu, z którego mogą urodzić się pozytywne relacje. Zależało mi też aby dla Martyny, tata stał się kimś więcej.
Na basenie, Martynka była z nim wtedy, uczyli się siebie, budowali wzajemne zaufanie. Oni potrzebowali tego czasu dla siebie. Tata i Córka.
Sytuacja nadal się nie zmieniła, ma taką pracę, która wymaga od niego nieobecności, pewnie jest mu ciężko ale stara się jak może, nawet gdy nie widzimy się kilka dni, robi wszystko by zdążyć przyjechać.
Nadal spędzam najwięcej czasu z dziećmi, jednak tak się ułożyło, że jak pływanie to tylko z Tatą :)
Więc zadzwonił pan Adam do męża, a nie widzieliśmy się od kilku miesięcy,  z pytaniem czy po raz kolejny nie zechcielibyśmy uczestniczyć w maratonie charytatywnym.
Martynka jak się dowiedziała, to skakała jak piłeczka pingpongowa, bo pana Adama darzy szczególnym uczuciem. Wydaje mi się, że z wzajemnością.
Więc... pojechaliśmy na maraton. Mąż oczywiście pływał z Przemkiem, ja byłam ta od aparatu, ręczników i od rozwiązywania nagłych problemów.
Pieniądze zebrane podczas maratonu będą przeznaczone na szczytny cel, mianowicie na zakup elektrostymulatorów, do szpitala w Wodzisławiu Śląskim, szczegóły Tutaj
A same Pływanie Szkrabów Tutaj 
Każdy przepłynięty kilometr to złotówka od sponsora. Dzieci miały za zadanie przepłynąć długość basenu , wrócić, podnieść rączkę na znak dopłynięcia, instruktor pod rubryką danego dziecka zaznaczał krzyżyk.
Cieszę się, że moje dzieci, miały w tym maratonie swój udział. Cieszę się też, że pomimo, iż pan Adam dawno nas nie widział, nie zapomniał o nas.
To był konstruktywnie spędzony czas. 
Z pożytkiem.