wtorek, 26 maja 2015

Poduchy

W pewnym momencie zorientowałam się, że dużo czasu spędzamy na podłodze, dzieci zwłaszcza. Martyna gdyby mogła to by leżała cały czas na podłodze, Przemek z racji swojego wieku, dopiero zaczyna. Dziwie się córce, bo przecież na sofie, czy krześle jest wygodniej, cieplej, bo podłogi w domu mamy zimne niestety. No ale uparła się ta moja mała, a brat ją zaczął naśladować. Ja i mąż również. I tak większość gier, a bawimy się często, odbywa się na powierzchni płaskiej. W sumie, może i rozumiem, bo przecież na stole nie da się turlać, ślizgać, kłaść całym ciałkiem, dlatego też zdecydowałam się zrobić poduszki, aby pod dupką :) było ciepło. Zrobiłam dwie; mają zdejmowane poszewki i są na tyle duże, że można się na nich kłaść. Jako pierwsza powstała prostokątna (69 x 90 cm) miętowa w białe gwiazdy, pod spodem ma tkaninę obiciową w kolorowe paski. Druga kwadratowa (86 x 86 cm), również od spodu ma tkaninę obiciową, tym razem w różyczki, jako zapięcie zastosowałam rzepy, pierwsza ma tradycyjne wiązanie na troczki. 
Poduszki już leżą na podłodze, przez chwilę miałam porządek, więc czym prędzej chwyciłam aparat, ale już widać na ostatnich zdjęciach, że wspomniany porządek zostaje zachwiany. Moja Martyna potrafi to zrobić w sekundę.... ja natomiast bardzo lubię, jak wszystko jest na swoim miejscu, lubię wstać rano i zobaczyć, jak wszystko leży na swoim miejscu, posegregowane, ułożone. Na początku ciężko było mi się pogodzić z tym wiecznym bałaganem w środku dnia, ale teraz przymykam oko na to, co dzieci robią z mieszkaniem, niech się bawią, szaleją, zdaję sobie sprawę, że kiedyś, jak dorosną, będę mieć ten upragniony porządek, aż się przejem. Póki co, znalazłam rozwiązanie; przed spaniem, przed wieczorną kąpielą... sprzątamy. Staram się by była to tradycja, bo ja tak bardzo lubię rano wstać i zobaczyć.... :) No dobrze, poduchy mam już za sobą, to teraz muszę uszyć stworka dla Przemka, potem girlanda na baldachim dla Martyny, a potem po kolei z listy rzeczy do zrobienia. Pozdrawiam :)













piątek, 22 maja 2015

Apaszki dla dziewczynek



Tak samo jak chłopięce są dwustronne, zapinane na rzepy. Mogłabym je tworzyć bez końca, tak przyjemne jest dobieranie kolorów, wzorów tkanin i tasiemek, ale w kolejce czekają inne szyciowe powinności. Może nie powinnam pisać "powinności", kiedy wiadomo, że to sama przyjemność. A odnośnie przyjemności... abstrahując, zakochana jestem w kalejdoskopach. Aż tak, że kiedy mąż (wtedy jeszcze nie mąż:) zapytał się mnie, co chciałabym otrzymać w prezencie ślubnym, wspomniałam o kalejdoskopie :) Uważam je za magiczne zabawki, które jak mawiała Ania Shirley dają dużo przestrzeni do wyobraźni. Gdy pomyślę o kalejdoskopie, czuję charakterystyczny zapach czerwonych jabłek, widzę staropolski piernik w kształcie Św. Mikołaja, z romantyczną, świąteczną etykietką i paczkę, w której to wszystko się znajduje, i kolorowe lampki choinkowe błyszczące na choince w wieczornym mroku. Te kolorowe szkiełka, które fascynująco migotały, kiedy otwór zabawki nakierowałam na choinkę... ale do rzeczy, odkryłam niedawno całkiem nietuzinkowy kalejdoskop. Naprawdę wspaniały. Tworzy on nie wzory z kolorowych szkiełek, a z otoczenia. Kupiłam z ciekawości, dla Martynki na dzień dziecka, kiedy miałam go w dłoni (wygląda całkiem niepozornie, biorąc pod uwagę małe cuda, jakie dzieją się z jego udziałem), i zaczęłam go testować w najbliższym otoczeniu, to aż śmiać mi się chce, na wspomnienie dziecięcych dźwięków jakie zaczęłam wydawać.



Może Wy już znacie tę zabawkę? Piszę o kalejdoskopie Londji, a kupiłam go oto w tym sklepie kids.showroom.pl. Gdy zapisałam się do newslettera, otrzymałam 20 zł na zakupy w prezencie, przeznaczyłam je na kalejdoskop Prince. Widzę teraz, że mają promocje na kreatywne zabawki. Jak ktoś nie zna tej zabawki, to polecam :)

A wracając do moich apaszek...






Pozdrawiam! :)

czwartek, 14 maja 2015

Igłą i nitką

Choć bardzo mnie denerwuje, testuje moją cierpliwość, marnuje mnóstwo mojego czasu, to tęsknię kiedy za długo jej przy mnie nie ma. Moje szyciowe utrapienie - maszyna do szycia. Dzięki niej, dzięki temu skupieniu na szyciu i później machanie ręcznie igłą dalej, bo maszyna nie dała rady, odczuwam stan, dobrze znany wszystkim hobbystom -temu zatraceniu w tworzeniu. Ten stan, porównuję do zaczytywania się w książce na cały dzień albo przez całą noc, a rano przecież do pracy trzeba, namiętnym rozwiązywaniu krzyżówek, zapominając o zrobieniu obiadu, pieleniu grządek w ogródku nie zważając, ze to już sąsiada grządka, zjedzeniu trzeciego już batonika, a miał być zjedzony tylko jeden... znacie to? Ja tak mam, gdy np. szyję.... zrobiłam jedną apaszkę, ale kiedy odeszłam od maszyny, miałam ich już 11
No dobrze. Maszynę kiedyś zmienię, na lepszy model, ale modlę się abym dziecięcej radości w tworzeniu nie utraciła nigdy.
Pisałam Wam niedawno, że stworzyłam całe mnóstwo apaszek. Dziś chciałam je pokazać, a przy okazji podzielić się moim sposobem na zapinanie apaszki. Zapinanie na zatrzaski czy tradycyjnie wiązane stało się dla mnie niewygodne, zwłaszcza kiedy się spieszę. Rozwiązanie samo się pojawiło, i to dokładnie. W połowie marca napisała do mnie pani, która zaproponowała przetestowanie rzepów, jakie oferuje jej firma. Na początku, za bardzo nie wiedziałam, o co chodzi. Nie spotkałam się z tym dotąd (osobiście), zwłaszcza w rękodziele. Trochę mi się w głowie zakręciło od wątpliwości. Naprawdę :) Ale po dłuższym czasie odpisałam, bo choć boję się wyzwań, to staram się je podejmować. To jest najlepszy sposób, aby nie stać w miejscu, iść do przodu. Choć napisałam odpowiedź twierdzącą, to trochę martwiłam się czy rzepy sprostają moim wymaganiom. Nieprzyjemne by było pisanie maila z nieprzyjazną treścią na temat oferty. Ale... ale na szczęście nie było takiej potrzeby :)
Stworzyłam kilka rzeczy z zastosowaniem rzepów, przetestowałam dokładnie i z czystym sumieniem mogę polecić. Po praniu wyglądają jak nowe (nawet po kilkudziesięciu praniach, jak w przypadku apaszki), łatwo się je przycina, naszywa. Są wydajne. I nawet mam swojego faworyta rzepowego :)
Rzepy, o których wspominam w tym poście pochodzą od firmy Nolle, która oferuje przeróżne taśmy rzepowe w rozmaitej kolorystyce. Strona jest czytelna, dokładnie opisane taśmy i ich zastosowanie, nie pozwalają się się zagubić w wyborze tych właściwych.
Ja podjęłam się przetestowania trzech rodzai haczyków i pętelek. Dotarły do mnie haczyki i pętelki (to ta część pluszowa) SFH 1801 w kolorze szarym, SFH 1802 czerwone oraz SFH 1804B występuje tylko w kolorze białym.
Na początek zmieniałam ubranka na koszyczki, o których pisałam TU, w praktyce sznureczki nie sprawdziły się, paseczki rozluźniały się i ubranko zsuwało się z koszyczka niemal przy każdym użyciu. Ten szary rzep, który widzicie na poniższym zdjęciu, sprawdził się doskonale. Jednym ruchem ściągam i jednym zakładam. Prałam trzy razy, rzepy wyglądają i pracują jak nowe.



Siostra poprosiła mnie abym stworzyła dla niej etui na tampony, które będzie mogła schować do torebki. Więc stworzyłam taki mały ala portfelik, który z tamponami na pewno nie będzie się kojarzył. Zapięcie na rzep, jest w tym przypadku doskonałe (Szybkie otwarcie i zamknięcie). Wybrałam rzep mocniejszy, wiadomo takie etui będzie często otwierane. Na czarnej tkaninie wyhaftowałam błyszczącą brązową nicią koralikowe kwiatuszki, górę ozdobiłam szydełkowym kwiatuszkiem. 




A na koniec zostawiłam apaszki, do których jako wiązanie zastosowałam haczyk SFH 1804B. Wszystkie rzepy spełniają moje wymagania, ale te są po prostu idealne. Jestem nimi zachwycona. Idealne dla malutkich dzieci, dla niemowlaków. Dotąd nie spotkałam się z tak delikatnymi rzepami, jak te. Testował je mój Przemek, najsłodszy tester apaszek :) 
To moja pierwsza apaszka (po niej powstała wersja dla Martynki, pokazałam ją w poprzednim poście), uszyłam ją jak było jeszcze chłodno, stąd minky. Jak był niemowlaczkiem, naszyłam malutkie rzepki (przycięłam  je na okrągło) i było w porządku, ale z czasem, kiedy stał się większy i silniejszy, musiałam doszyć dłuższe. Myślę, że najlepiej zrobić tak od razu.



Tak jak napisałam wcześniej, stworzyłam za jednym razem mnóstwo apaszek, przy okazji szycia tej Przemkowej. Dziś pokażę wersje dla chłopców. Wszystkie są dwustronne z lekkiego materiału. W sam raz na ciepło chłodne dni, jakie mamy teraz.






Na zakończenie przedstawię mojego apaszkowego testera; Przemka. Ma na sobie odwrotną stronę apaszki (druga strona to piraty małpki na niebieskim tle). Swoją drogą zachęcam Was do wykonania takich apaszek (zamiast kupować) dla swoich dzieci, są też w sam raz na niezobowiązujący a bardzo uroczy prezent.



i jeszcze apaszka dla Martynki






Pozdrawiam :)







piątek, 8 maja 2015

Syrop z pędów sosny

Kiedy moje dzieci zaczęły chorować, zwłaszcza moja najstarsza córka, zaczęłam chwytać się przeróżnych sposobów, na to aby jeżeli już nie zapobiec, to złagodzić chorobę. Martyna przez pierwsze 5 lat swojego życia, śmiało mogę napisać, w ogóle nie chorowała. Nie potrafię sobie przypomnieć aby miała gorączkę, katar. Ale kiedy poszła do przedszkola..... to antybiotyk za antybiotykiem, wysokie gorączki, okłady, psikanie, kasłanie, dużo tego. Ledwo, co wyzdrowiała, to znowu chora. Syrop z czosnku i cebuli mamy już za sobą, stosuję, wierzę, że działa. Lepsze to, niż syropki z apteki.  Bo te (oczywiście niektóre) mogą być, ale jak ich nie będzie, też nic się nie stanie. No cóż, może ja tylko tak mam...
O syropie z pędów sosny słyszałam wcześniej, ale nie miałam potrzeby być bardziej zainteresowana. Ale ostatnio czytając Green Canoe, natknęłam się na przepis, no i musiałam się nieco zatrzymać. A że akurat wypada okres, w którym pojawiają się młode pędy sosny (przełom kwietnia/ maja), to musiałam, po prostu musiałam spróbować. Przy zrywaniu pędów, warto pamiętać o rękawiczkach ochronnych, bo pędy są lepkie, i brudzą dłonie. Ja o tym nie pomyślałam i później musiałam szorować łapki. Gdzieś w internecie przeczytałam, że najlepsze są pędy do 12 cm, im dłuższe tym mniej soku. W trosce o sosenki, pędy zrywałam z kilku drzew. 


Syrop z młodych pędów sosny

Gdy zerwiemy młode pędy , myjemy je pod bieżącą wodą i kroimy na malutkie kawałki, 1-2 cm , wkładamy do słoika, tak aby przykryły dno, posypujemy cukrem, lekko dociskamy, układamy kolejne warstwy powtarzając czynności. Słoik zakręcamy i odstawiamy w dobrze nasłonecznione miejsce na tydzień dwa w zależności od pogody. A jak jest potrzeba, to na dłużej. Po tym czasie zlewamy powstały syrop do słoiczka i odstawiamy w chłodne, ciemne miejsce. W taki sposób przechowywany syrop nie straci nic ze swoich leczniczych właściwości, nawet przez kilka lat.



Taki syrop jest idealny na wszelkie problemy z gardłem, przeziębieniem, wzmacnia cały organizm i już nie mogę się doczekać jesieni, kiedy zacznę profilaktycznie podawać mojej rodzinie. 
Jestem bardzo ciekawa, czy stosujecie syrop?
Pozdrawiam Was słonecznie :)