czwartek, 30 lipca 2015

Girlanda

Szyłam ją miesiąc, i to nie w chwilach wolnych, tylko w chwilach kradzionych. Całkowicie oddałam się wychowaniu dzieci, zajmowaniem domem i wszystkiemu, co jest z tym związane. Moje ambicje poszły trochę w innym kierunku, wcale się źle z tym nie czuję.
Ja mam teraz takie trochę przyziemne marzenia, na przykład chciałabym aby ktoś wziął moje dzieci na spacer, chociaż na 10 minut, choć raz w tygodniu, może być już nawet raz w miesiącu, albo marzę, by o 23.00 nie być już tak zmęczona, by mieć siły na przeczytanie choć jednej kartki książki, by nie zasnąć przy niej, czy .... o nie ja w cale nie narzekam, ja bardzo się cieszę, że tak mam i sobie radzę. I mam ochotę się uśmiechać. Bo jestem zdrowa i moje dzieci też. Nie ma nic ważniejszego. Powoli dociera do mnie, że ja z tą moją firmą, w takich warunkach, nie miałam szans się rozwinąć, ale jak to ja, walczyłam ile sił, na to wychodzi, że przy tym nie myślałam logicznie. Jak wspomnę, ile ja się naszarpałam....
I wcale nie żałuję tej mojej decyzji, tej , której podjęłam 4 miesiące temu, choć przyznaję, trochę mi żal, że muszę kraść czas, by stworzyć cokolwiek. Że nie mogę na spokojnie sobie podzióbać. 
 Ale dlaczego o tym piszę? Bo tu chodzi właśnie o to, że gdybym nocami, czy jeszcze przed świtem , kiedy dzieci śpią, czy w środku dnia - razem z nimi - nie tworzyła tej girlandy, to by jej nie było. Gdybym nie przymykała oczy jak dzieci rozdmuchują, ledwo co posprzątane pokoje, gdybym nie walczyła ze zmęczeniem i tym już "nie chce mi się"... to by tej girlandy nie było. Nie miałabym, co Wam pokazać, i ten blog chyba by umarł śmiercią naturalną. Szkoda trochę by było. Ale czy tylko mnie by było szkoda? Czasami nachodzą mnie wątpliwości.
Tak strasznie kocham uczucie, kiedy z pod moich rąk powstaje jakiś twór, tak bardzo chcę się tym podzielić, z Wami,  nawet w tej sytuacji, kiedy mogę pokazać jedną, dwie rzeczy na miesiąc... I dlatego też podejmuję codzienną "walkę", bo głęboko wierzę, że spełnią się kiedyś te moje większe marzenia o tworzeniu.
A girlanda... ? Nic specjalnego, naprawdę :) Dużo o niej pisałam, teraz i wcześniej, bo obiecałam 2 lata temu Martynce, ze względu na pracę zawodową, ciągle nie miałam kiedy. Ale już jest zrobiona, dziś po sesji, zawieszona wisi w Jej pokoju, na baldachimie z Ikea.
Girlanda ma 2,25 m. Uszyłam rulonik, który następnie przewróciłam na prawą stronę (nigdy więcej), doszyłam gałązki, a do nich płatki kwiatów, listki doszyte ręcznie, ale uprzednio narysowałam nerwy, pastelami do tkanin. Jest długa (girlanda), choć tego nie widać,  jest gęsta, taka... mięsista, i bardzo kolorowa. Uszyłam ją pod pufę, która znajduje się w córki pokoiku. Kolorowym, i bardzo ciepłym :)
Och te dzieciństwo,  bardzo chciałabym aby moje dzieci, zachowały we wspomnieniach wspaniałe kolory, zapachy, mamę, która zawsze miała dla nich czas i dobre słowo....
Jest właśnie 23.00, zobaczymy czy uda mi się trochę poczytać :)