wtorek, 17 października 2017

NASZE WYCIECZKI - miejsca które warto zwiedzić z dziećmi (na Śląsku)

Byliśmy w różnych miejscach ale te dwa poniżej zwróciły moją większą uwagę. To są miejsca, w których można być od samego rana do późnego wieczoru i mieć myśl, że nie zobaczyło się wszystkiego.
Wycieczki, w sposób zaskakujący zainicjował mój mąż a jeżeli chodzi o mojego męża, jest to naprawdę niesamowite, wyciągał te nasze wyprawy jak z kapelusza z uśmiechem zadowolenia (z siebie). Dość długo zastanawiałam się skąd czerpie inspiracje...

Park rozrywki w Ogrodzieńcu

Mury zamkowe, które wyłaniały się pośród drzew, widziałam już jak wjeżdżaliśmy na parking, który jest niżej usytuowany. By dostać się na tereny zamkowe trzeba najpierw trochę się wspiąć. Od razu serce zabiło szybciej. Ja już tak mam, kiedy zobaczę zamek, jego ruiny, rycerzy, szaty, scenerie... puls mi przyspiesza.
Przypomniała mi się teraz pewna historia z mojego młodzieńczego życia... znalazłam w szafie, głęboko ukryty kupon zielonej bawełnianej tkaniny, otrzymałam zgodę na jej wykorzystanie, postanowiłam zatem uszyć sobie suknię.
Nie sukienkę, tylko suknię.
Nie inspirowałam się niczym, po prostu wyobraziłam sobie, jak ma ona wyglądać, powzdychałam z zamkniętymi oczyma, bo wizje miałam doprawdy kolorowe... i wzięłam się za szycie, wykorzystując maszynę Łucznik. Szyłam, szyłam, aż uszyłam. Bez przymiarek większych, w zasadzie w tajemnicy przed wszystkimi, siedząc po nocach, niemal widząc podziw wszystkich, jak zobaczą, co spod moich rąk wyszło.
Kiedy suknia była gotowa, ubrałam ją i z dumą pokazałam siostrze. A ta mnie wyśmiała.
Jeszcze mi w uszach brzmi ten jej śmiech. Że staroświecka jestem i żebym to zdjęła, siary nie robiła.
Ja miałam 17 lat ona 11.
Zdjęłam, pewnie, że zdjęłam. Ale znacznie później, ucząc się do matury, natrafiłam na stroje XIV wieku. Oniemiałam z wrażenia, bo okazało się, że kiedyś tam wykonałam rekonstrukcję... brakowało tylko pasa na biodrze (wysadzanego klejnotami :):):)
Musicie mi zatem wybaczyć, te moje wzdychania do tego zamku, nie mogę się powstrzymać, bowiem tkwi to we mnie głęboko.
Jak ja żałuję, że przyjechaliśmy o późniejszej godzinie, czasu na zwiedzanie zamku, okazało się już na miejscu, w ogóle nie było, jaka szkoda, bardzo żałuję. Ten zamek to będzie dla mnie, punkt konieczny do zwiedzania w następnym roku. Uwielbiam takie miejsca, zobaczcie Tutaj jak to wszystko pięknie wygląda.
Nie miałam czasu na robienie zdjęć, bo moje dzieci rozpierała energia, więc poświęcałam swoje chęci na bieganie to tu, to tam, tęsknie patrząc na wznoszącą się powyżej budowlę i trochę dalej umiejscowiony Park Miniatur. Byłam tam przez chwilę, przy miniaturach, ale nie zdążyłam nawet wyciągnąć aparatu, gdyż zostałam zaciągnięta (siłą) na plac zabaw.
W Parku rozrywki mamy sektor z miniaturami, ścieżkę edukacyjną (w której najbardziej spodobały mi się krzywe zwierciadła, a najbardziej te, co to potrafią wydłużyć, to co w naturze nie jest wydłużone :D, park linowy, tor saneczkowy, plac zabaw.
Jest miejsce gdzie można zjeść, ale ci, co chcieliby zjeść dobrze i zdrowo mogą czuć się zawiedzeni.
Wszelkie informacje na temat parku rozrywki Tutaj 



Twinpigs w Żorach

Miasteczko westernowe zostało otworzone w 2012 roku, od kilku lat się w to miejsce wybieraliśmy ale dopiero teraz udało nam się zrealizować nasze zamiary.
Nie ma co ukrywać, że wycieczki rodzinne są drogie (są zniżki, dzieci do 3 r.ż wstęp za darmo), a chcieliśmy aby Martynka (wtedy była tylko Martynka i miała 3 latka) mogła dzień w takim miasteczku wykorzystać maksymalnie. Bo trzeba wiedzieć, że i wiek i wzrost też ma znaczenie. Dziecko musi mieć 1,20 cm by mogło skorzystać z wielu atrakcji (przy niektórych trzeba mieć 10 lat +).
Spędziliśmy tam 7 godzin (nie mam pojęcia kiedy to upłynęło) i nie zwiedziliśmy nawet połowy atrakcji (jest ich 37), warto sobie zatem zaplanować cały dzień.
Miasteczko rozrasta się, widziałam za wodospadem, że kolejny kawałek terenu jest w trakcie przebudowy.
Słyszałam na temat Twinpigs same dobre opinie, choć teraz jak piszę to, w sumie nie wiem... raz celowano do mnie z broni, drugi raz do męża, choć Jemu to się wtedy należało, bo chciał porwać z mojej torebki żelki. Paczka została uratowana, ale łup i tak kowboj sobie wziął. Smacznego...
:)
Gdybym miała opisać atmosferę, to na myśl przychodzi mi życzliwość. Życzliwość nie tylko między pracownikami, ale ogólnie, unosiła się ta przyjemna atmosfera nad tym miasteczkiem jak jakaś bańka. Ludzie - klienci - uczestnicy też tacy radośni.
Wszyscy animatorzy byli uśmiechnięci (nie widziałam ani jednego znudzonego, który po raz tysięczny odgrywa scenkę) ale i między sobą pokazywali przyjazne relacje, to było bardzo widoczne, zwłaszcza wtedy, kiedy jeden kowboj drugiemu chciał wybić zęby.
Jest tam też mini zoo... i tak, muszę napisać, że ja bardzo nie lubię takie mini zoo, a dosadniej, jestem wręcz przeciwna, szkoda mi tych zwierząt, które w mojej ocenie nie mają jak nóg rozprostować, byłabym jednak niesprawiedliwa gdybym nie napisała, że zwierzęta były nakarmione i zadbane. To na plus.
Martyna czuła się jak ryba w wodzie, szerokie ulice między domami to było to, co  lubiła najbardziej, nie wiem po kim Ona ma tyle energii, była niczym wiatr, szalała, ciężko było za nią nadążyć, a za nią młodszy brat, który koniecznie za Siostrą, próbował dotrzymać kroku. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że Przemek ma tyle lat ile miała Martynka, kiedy otworzono Twinpigs, a dzień wykorzystał jak dla niego maksymalnie. Nieuzasadnione były nasze obawy, że córka jest za mała na takie atrakcje. Trzylatek, ma co robić w takim miejscu.
Ośmiolatka o wzroście mniejszym niż 1,20 cm ma do robienia jeszcze więcej.
Wniosek jest taki, że za 2-3 lata powrócimy do Twinpigs...
Wszystkie informacje znajdziecie Tutaj




Napad na bank w Twinpigs

                                         


Zdradzę Wam tajemnicę mojego męża, odkryłam ją niedawno, A która w tym momencie tajemnicą być przestała... On te wszystkie miejsca wynajduje na stronie Groupon/ Czas wolny/ Atrakcje dla dzieci, na stronie Tutaj