sobota, 24 czerwca 2017

Wszystko


Pamiętam.
Te drżenie głęboko w piersi, ten ścisk wzruszenia, lekko wilgotne oczy gdy na apelu w szkole podstawowej żegnaliśmy 8 klasę, w uszach wciąż rozbrzmiewa mi melodia, ale słów nie pamiętam,  a takie piękne były, te słowa.
... Muszę przejrzeć papiery, może gdzieś je zapisałam? 
Moja dawna Szkoła dawno zamknięta, zrobili z niej budynek mieszkalny, jakieś 20 parę lat temu... a w głowie wspomnienia koloru farby na ścianach, zapachy... schody, linoleum w korytarzach, drzwi do pokoju nauczycielskiego, twarze nauczycieli, drzwi wejściowe główne jak do pałacu, i boczne okryte głogiem... 
Pamiętam, jak bardzo chciałam być na Ich miejscu, tych prawie dorosłych ósmoklasistów,  ja 2, 3, 4, 5, 6, 7 klasistka, a lata upływały choć mnie się wydawało, ze okrutnie niesprawiedliwie wolno. Potem się okazało, że kończę liceum, a potem studia, jedne, drugie, i mamą zostałam i Ta moja pierworodna do przedszkola. 
I to był ten pierwszy moment, kiedy Czas chciałam zatrzymać
... jak sobie poradzi moje dziecko w przedszkolu? ... w szkole... jak to do szkoły? Już? 
Wczoraj zdała do 3 klasy.... moje dziecko. 
Pamiętam.
Zapach goździków. 
Uczucia buzujące we wnętrzu, że jeszcze świadectwa Pani da, a potem Wolnośććććć!!!! Że nic nie muszę, będę jeździć na rowerze, na wrotkach, wszystkie drzewa muszę odwiedzić, sad za lasem z czereśniami białymi, dziczki, już czuję zapach żywicy, dotyk kory drzewa pod palcami, macierzanka, łubin, maliny, obiad zjedzony na szybko, ciepłe powietrze opływające zgrzane ciało, stopy machające pedałami od roweru, zbite kolana, łany zboża, kombajny, kurz, wielkie opony traktorów, późno wieczorne wracanie do domu... 
Wczoraj usłyszałam: Wolnośćććć!!!! 
Niespełna 30 lat temu doznawałam podobne uczucia. Jak to się stało, że jeszcze trochę a będę mieć 40? 
Przecież niedawno to ja skakałam jak piłeczka pingpongowa z radości, że wakacje. Że nic nie muszę, że mogę wstawać kiedy chcę, że cały dzień na podwórku.
Patrzę na twarz mojej Córki, i nadziwić się nie mogę, że taka do mnie podobna. Ekspresyjna we wszystkim.
A wczoraj, dla Niej, wydarzyło się wszystko.
Koniec roku szkolnego, kartka pudełko, które z przejęciem chciała wręczyć ukochanej Pani, bardzo czekała na ten ważny dzień, z niecierpliwością przypatrywała się mojej pracy, a ja jak to ja, zrezygnowałam z wykrojników, bo zależało mi by wszystko ręcznie zrobić a Ona chciała by było szybko!... wakacje, urodziny i Dzień Taty przecież, goście w domu, tort, prezenty...
Co z wczorajszego dnia pozostanie Jej w pamięci, jakie obrazy wyłonią się, kiedy Jej dziecko u progu będzie wołało: Wolność!!!
....?
Pisząc teraz, patrzę przez okno, a Ona z Bratem skacze przy Tacie, wymachuje rękami, buzia się nie zamyka, patrzy na Jego twarz, obserwuje Jego reakcje... Wiem, że namawia by rozłożył ślizgawkę, jest upał, chcą się wypluskać w wodzie. Urabia go.
Wiem to, bo parę minut temu wpadła zziajana do domu, z przejęcia między jednym a drugiem łykiem wody, w ciągu minuty, powiedziała mi Wszystko.

piątek, 16 czerwca 2017

Mleko kokosowe

Nie pijemy mleka krowiego.
Piliśmy przez całe swoje życie, choć zawsze po mleku puchnął a następie bolał mnie brzuch, miałam wysypkę, piłam nadal gdyż nigdy nad tymi dolegliwościami głębiej się nie zastanawiałam, co zrozumiałe w tym przypadku, nie wiązałam dolegliwości z wypitym mlekiem. 
Martynka trafiła na dwa tygodnie do szpitala, okazało się, że od mleka, badania wykazały, że o ile nie jest uczulona na laktozę, to na jakiś inny składnik występujący w mleku już tak. Musielibyśmy zrobić kolejne badania, ale trzeba było czekać bo była za mała, nie czekaliśmy. Odstawiliśmy mleko i problemy znikły.
Mąż, smakosz mleka, od lekarza w ubiegłym roku dowiedział się, że nie może go pić... dla Niego to faktycznie tragedia, kiedy wypijał, co najmniej 1 litr dziennie, codziennie... 
W pamięci mojej pozostanie smak mleka, prosto od krowy, cieplutkie z pianką, pachnące trawą, sianem, wiaderko ocynkowane i wymiona, z których te mleko wytryskiwało, i ogon krowy, który przy zadzie ciągle się ruszał, odgłos żucia krowy podczas dojenia .... tylko, że to była też inna krowa, jadła trawę na łące, na niej spędzała cały dzień, żując trawę, czy co tam jej na tej łące wpadło, nikt tam jej nic nie wstrzykiwał, nie wlewał, dziur w brzuchu nie robił... mleko gotowe to było takie, co przy płocie, przy sklepie we wsi, na drewnianym stole, w wielkich kanistrach stało, od pobliskiego gospodarza... 
Teraz jak myślę o mleku, to głównie widzę karton na półce w sklepie. I od takiego zaczęły się nasze problemy.
Więc nie pijemy mleka krowiego sklepowego i jest nam dobrze, choć Mężowi może trochę mniej, a on uparty jest niesłychanie, więc jest ten 1 litr, przemycany tak bym nie widziała, pity po kryjomu, 1 litr... na miesiąc. Ja udaję, że nie widzę, bo to jednak świeża sprawa jest, jeszcze nie minął rok, to nadal przełom w Jego życiu, tak mocno ograniczyć, to co uwielbia....
Bez mleka jednak da się żyć.
Do jakiegoś czasu stosowałam zamienniki w formie mleka kokosowego, kupowałam go w puszce w sklepie z działu ze zdrową żywnością, ciesząc się, że zadbałam o zdrowie mojej rodziny.
Do czasu.
Tak całkiem przypadkowo, dowiedziałam się, że wszystko to, co w puszkach wcale ale to w cale takie zdrowe nie jest. Jakieś szaleństwo, naprawdę. Żyjemy w świecie tak przetworzonej żywności, a dodatkowo większość z nas jest tak wszystkiego nieświadoma, że to na pewno, kiedyś w przyszłości odbije się jakąś potężną społeczną kolką. Jak nie światową.
 Im więcej się dowiaduję, tym większy czuję bezsens stojąc przed półką ze "zdrową" żywnością. Teraz jest wielki bum na wszystko, co jest eko, i w większości przypadków te eko, to wcale nie eko. Jak czytam etykiety, to aż się nadziwić nie mogę, że tak można, tak jawnie ludzi oszukiwać.
I przez to wszystko, nie raz pojawia mi się myśl, czytając etykietę i nie doczytując w niej niczego strasznego...  że czy na pewno jest wszystko ok? Żeby mieć 100% pewność, musiałabym wszystko sama tworzyć. Wszystko; żywność i artykuły potrzebne do utrzymania czystości, i pewnie też odzież sama robić, i jeszcze szczoteczki do zębów, papier toaletowy, jakąś kopułę nad domem postawić ze świeżym powietrzem... szaleństwo raz jeszcze :)
 Ale wiem, że są ludzie, którzy tak żyją, samowystarczalni są, nie potrzebne im sklepy, markety... to nie jest realne dla mnie, nie czuję się na siłach, ale mam ich trochę, by choć trochę ograniczyć.

Czy Wiecie, że każde (chyba, że jest zaznaczone inaczej) pożywienie, napój w puszce zawiera bisfenol A*, w skrócie BPA, a co czytam o tym związku, z różnych źródeł, przykładowy tekst podałam na dole przed zdjęciami, w formie linku) to się włos na głowie jeży, jak jesteśmy truci, piszę to ja, do niedawna fascynatka tuńczyka w puszce, pomidorów krojonych w puszce, głównie w okresie jesienno zimowym -  a te pomidory w puszce, w ten sposób przechowywane są szczególnie szkodliwe, bo ich kwaskowatość powoduje, że ów bisfenol szczególnie do nich lgnie. 
Na żadnym puszkowym produkcie nie doczytałam się by zawierało bisfenol, producenci nie mają takiego obowiązku,  zaznaczać na opakowaniu, tak samo jak o innych szkodliwych związkach przedostających się z opakowań. Marzę o produktach z napisem, m.in.: BPA free
Taka ciekawostka; jeżeli kupujecie ryż, kasze w woreczkach, musicie wiedzieć, że podczas gotowania z woreczków wydziela się właśnie ten niebezpieczny związek. Już lepiej gotować na sypko, choć to takie niewygodne.
Bisfenol A to organiczny związek chemiczny, używany do wyściełania metalowych puszek, w przemyśle spożywczym i w tańszych kosmetykach, plastikowych butelkach, produktach wykonanych z plastiku. A to wszystko przedostaje się do żywności, którą jemy. I tak zbierają się toksyny w naszym organizmie powodując choroby...


Spotkałam się z takim osądem w rozmowie ze mną:
- teraz już wszystko jest niezdrowe, pełne chemii...  -  W głosie słychać bezradność totalną, po czym jest cisza, dalej się nic w życiu nie zmienia.
- teraz wszystko jest nie zdrowe, najlepiej nic nie kupować - powiedziane drażliwym oskarżycielskim tonem, wskazującym że adresatem wypowiedzi jest osoba niespełna rozumu, ze jakieś fanaberie ma, wszyscy przecież to kupują jedzą i nic im nie jest, nie umierają od tego... czyżby?
Wiadomo, ze głową ściany nie przebijesz, ale jak Masz siłę wewnętrzną, chęć to dlaczego nie spróbować, choć trochę tego wszystkiego ograniczyć? 
Chodzi o ten wysiłek.
 Na przykład znaleźć rolnika, który szczyci się tym, że nie używa chemii, i nawiązać z nim współpracę, da się , bo taki rolnik to nie jest pan, do którego aby się przedostać trzeba najpierw przejść przez budkę wartowniczą... kupić te warzywa i samemu je przetworzyć, nie wkładać do koszyka gotowe. 
- że to droga impreza, nie stać mnie - hm... w sumie mnie też, gdybym miała tak kupować to, co do tej pory i dodatkowo jeszcze produkty ze zdrowej żywności. Tylko, że w moim koszyku nie znajdą się już mięsa z kopytnych, kartony z sokami, butelki z wodą, puszki, konserwy, gotowe dania, proszki w torebkach, słoiki z czymś, sery, desery, jogurty i inne takie, w koszyku dziwne rzeczy lądują, a Mąż się wścieka bo po moich zakupach otwiera lodówkę, a tam Mu warzywa wyskakują i nic do jedzenia nie ma. No nie ma, trzeba najpierw zrobić.
- że praca, że czasu mało, że go nie ma wcale - i może tak być, nie mnie oceniać, ja sama do niedawna - przyznaję się do tego - zaliczałam się do grupy pierwszej, co tylko wzdycha bezradnie - ale w ostateczności, może okazać się, ze tak naprawdę problemem jest wyłącznie brak chęci.
Chodzi o ten wysiłek, by go podjąć.
Ja go podejmuję i to jest mój wybór. Popełniam nadal błędy, czy raczej chwile słabości... uczę się nadal, ciągle dowiaduję się nowego. 
Zrezygnowałam z puszek i butelek plastikowych.
Przygotowuję sama pasty, jak będą pomidory od gospodarza, albo moje w ogrodzie obrodzą, kupię albo zerwę z krzaka i dam do słoików, do spaghetti, bo moje dzieci uwielbiają, poświęcę ten czas, który będzie nieco dłuższy niż sięgnięcie do półki sklepowej, po mleko w puszce też nie sięgnę więcej, ale ciągle to mój wybór. Całkowicie świadomy.
Zwłaszcza, że na przykład wiem, że zrobienie mleka kokosowego jest tak proste jak mrugnięcie okiem. 
Chodzi tylko o chcenie.


Więcej

Mleko kokosowe

  • Wiórki, płatki kokosowe (najlepiej takie, które pozbawione są dwutlenku siarki)
  • woda
  • blender/gaza/sitko
Przegotowaną, gorącą wodą zalewamy wiórki, jak woda zrobi się trochę chłodniejsza blendujemy, aż do zabarwienia wody na biało. Do miski przez sitko okryte gazą przelewamy zblendowane wiórki i wyciskamy mocno. Czynność powtarzamy od początku, kilkakrotnie. 
Z jednej paczki wiórków kokosowych udaje mi się uzyskać 2l, paczka wiórków pozbawiona dwutlenku siarki kosztuje ok 7 zł, to prawie tyle samo, co za puszkę mleka kokosowego, przy czym puszka ma najczęściej 165 ml. Naprawdę opłaca się robić samemu; wychodzi taniej i zdrowiej.
Gotowe mleko przelewam do szklanych słoiczków, trzymam w lodówce 3 dni, w ciągu których robię kulinarne podboje.
W lodówce zbiera się śmietanka, tworząc tzw. krę... jak na biegunie. Wystarczy ją wymieszać, rozpuszcza się po podgrzaniu.




sobota, 10 czerwca 2017

Pierwsze akwarele


Zacznę od Młodej, bo o ile syn z wieloma książkami pod pachą, to Ta z tą jedną, na okrągło. 
Legenda o Sally JonesJacob Wegelius, Zakamarki.
Dostała ją na Dzień Dziecka. Miałam trochę opory, sądziłam, że będzie na nią za mała, ma zalewie 8 lat, a przygody gorylicy niekoniecznie są radosne. Jednak szata graficzna, ilość wartościowych informacji ogólnie o świecie, geografii - Młoda nadal połyka książki o Neli, więc to też był atut by kupić tę książkę - aż w końcu zakończenie samej książki. Książka trzyma w napięciu.
Odnotowałam, że przeczytała raz, ale ciągle do niej zagląda, a nawet w nocy muszę Jej z poduszki ściągać, bo zasypia przy niej. Znaczy się, że się podoba.
A teraz Młody
Legendy Polskie dla dzieci w obrazkach, Nikola Kucharska, Nasza Księgarnia. Z Młodym to jest tak, że jak nie umie czytać to nie udaje, że umie. Jak jest tekst w książce prosi Siostrę by przeczytała. Natomiast jest zafascynowany książkami gdzie jest mało tekstu a dużo drobnych elementów w ilustracji.  A te Legendy... no po prostu bajka! Cudowności same. Każda dwie strony dotyczą innej legendy, numerki jakie się pojawiają dotyczą treści, dodatkowo w chmurkach są komentarze, trochę to przypomina komiks.
Przyznaję, ze wszystkie książki, które kupuję dla dzieci, to tak jakbym dla siebie kupowała, tak dobieram. Sama je później przeglądam i się zachwycam. A swoją drogą, legendy Polskie uważam za jedne z najlepszych. A te wydanie dodatkowo jest niespotykane, to na duży plus.
Na wakacjach, W mieście, Hartmut Bieber, Debit.  Słuchajcie... rozpływam się w zachwycie, polecam z całego serca. Jak Ktoś lubi książeczki wyszukiwanki, to ta jest godna polecenia dla maluszków i straszaków. I dla dorosłych... :)
Te rysunki są staranne, to nie jest grafika, kolorowe i jeszcze raz kolorowe, elementy wskazane do wyszukiwania wcale nie tak łatwo znaleźć. Kupiłam je dla Młodego na Dzień Dziecka, ale tak mi się spodobały, że musiałam dokupić je dla dzieci w rodzinie. Szwagierka też była zachwycona, powiedziała, że trafiłam z tymi książkami, że hej. Nie dziwię się. 
Każda z tych książeczek zainspirowała mnie do wykonania rysunków,a następnie do ruszenia moich zasiedziałych akwareli. Sądziłam, ze nigdy ich nie ruszę. A tu taka niespodzianka.
Miał być post o książkach dla dzieci i o moich akwarelach, ale muszę Wam wspomnieć o książce, którą aktualnie czytam. Tytuł zbyt wiele nie mówi, Dworek Longbourn, Jo Baker, ale już piszę o czym ona traktuje. Jest to książka opisująca wydarzenia oczami służby pracującej w dworku Bennetów... Wiecie... Duma i Uprzedzenie Jane Austen... Elizabeth, Jane... Darcy....
Jest wspaniała, warta przeczytania. Jeżeli tak jak ja po raz setny oglądaliście Dumę i Uprzedzenie, to ta pozycja musi wpaść w Wasze ręce. No musi.
A teraz moje akwarele. 
Ten obrazek z domkami to jest moje pierwsze malowidło, które poczyniłam akwarelami. Zawsze mi z nimi było nie po drodze, pracowałam na akrylach, ale te akwarele... to miłość od pierwszego ruchu pędzlem. Kolory tak idealnie się rozpływają, łącza ze sobą... i są mega wydajne. Ja używam Sonnet, mam kilka kostek Białe Noce...

Moje ubiegłoroczne odkrycie: klosz wiklinowy Ib Laursen, przetestowane, polecam. Klosz do ochrony żywności, cieszę się, że go mam, większy wiatr go nie zdmuchnie, ochroni, co ma ochronić a dodatkowo jeszcze ciekawie wygląda. Kupiłam go za szalone pieniądze, w każdym sklepie inna cena, a piszę tak dlatego, że ostatnio widziałam go w promocji Tutaj