środa, 30 sierpnia 2017

Zdrowe lody



Zrobiłam mojej rodzinie dwa tygodnie z lodami, testowałam przepisy z książki "Zdrowe lody, 75 łatwych przepisów" Christine Chitnis.
Jest to dość ciekawa pozycja. Dla kogoś kto nie robił lodów w ogóle, wydaje się idealna.
To znaczy, dla mnie wydaje się idealna. Początek książki poświęcony jest opisom materiałów niezbędnych do produkcji lodów, umieszczone są też pomocne wskazówki, by ten owy lód się udał.
 Moja jedna, wydaje się ważna, refleksja:
 Lody domowej roboty są albo tanie albo po prostu drogie w porównaniu z tymi sklepowymi, wszystko to zależy od składników. Natomiast pod względem zdrowia; sklepowe w żaden sposób nie mogą się równać z tymi domowymi. W żaden sposób.
Niekoniecznie wszyscy maja wyciskarkę, ale myślę, że w każdej kuchni jest blender. Wystarczy połączyć ze sobą owoce i zamrozić. To jest genialne rozwiązanie dla rodziców, którzy mają dzieci nieznoszących owoców czy warzyw, a w taki upał nawet nie poczują, co tam mają na patyku. Moje akurat są wychowywane na warzywach i owocach, więc lód z brokuła i awokado nie był dla Nich szokiem. Robiłam też z buraczków, pomarańczy, marchewki i imbiru, ale do nich potrzeba wyciskarki.
Wiele przepisów z książki odtworzyłam wiernie, niektóre zmodyfikowałam, a niektórymi się jedynie zainspirowałam, na ich wzór stworzyłam swoje własne propozycje.
Przemycę Wam z tej książki dwa przepisy lodów, których smak nawet teraz, chodzi za mną i chodzi. Są to przepisy zmodyfikowane.
A więc tak, pierwszy, to mega prosty i tani przepis na lody, drugi przepis jest trochę absorbujący, ale efekt... mmmmm.....


Ananasowe z marakują

  • Ananas
  • 1-2 marakuje
Koniecznie musi być marakuja! Bez tego owocu nie ma Tego smaku. W przepisie napisane jest, że trzeba wycisnąć sok, a potem przez sitko przetrzeć miąższ, który pozostał przy wyciśnięciu. Ja nie wyciskałam soku, tylko zblendowałam owoce, miąższ, który pozostał wlałam razem z sokiem do foremek. Pycha! Ten miąższ moim zdaniem w tych lodach musi być koniecznie.


Szafranowe z kardamonem z masłem orzechowym, miętą i piankami Haribo

  • 1 szklanki śmietanki kokosowej
  • 1 łyżka skrobi arrarutowej
  • 2 łyżki miodu
  • Szczypta kardamonu
  • Pół łyżeczki nitek szafranu
  • Kilka listków mięty
  • Szczypta soli
  • 1 szklanka orzechów nerkowca
  • Garść pianek Haribo
  • 2 łyżki masła orzechowego bez soli i cukru
Orzechy zalałam wodą i zostawiłam na noc. Z rana porządnie wypłukałam i zblendowałam na jednolitą masę. Wlałam 2 łyżki śmietanki koksowej, wymieszałam z mąką arrarutową, wymieszałam aż się rozpuści, odstawiłam na bok. W rondelku wlałam pozostałą śmietankę, dodałam papkę arrarutową, miód, kardamon, szafran, drobno pocięte listki mięty i sól. Doprowadziłam do wrzenia i gotowałam na małym ogniu przez 5-7 minut, aż masa nabrała żółtego koloru. Odstawiłam na bok by zawartość rondelka ostudziła się. Na koniec do chłodnej masy dodałam pastę z nerkowców, masło orzechowe, pianki, mieszałam delikatnie tak, aby składniki nie do końca się ze sobą połączyły.  Zamknęłam w szczelnym pojemniku i dałam do zamrażalnika.

sobota, 26 sierpnia 2017

Po co?

Marzy mi się plakat do kuchni, z przepisem na rosół. Koniecznie malowany ręcznie, rękodzieło.
Marzy mi się od dawna.
Wiedziałam jak ma wyglądać ten plakat. Wszystko sobie w wyobraźni ułożyłam.
Tak się nawet fajnie złożyło, że od jakiegoś czasu obserwowałam pewną dziewczynę, blogerkę, która pięknie maluje. Okazało się, że mieszka w sąsiedniej wsi, taki zbieg okoliczności.Świat taki mały.
 I już miałam w myślach, jak się poznajemy, może jakąś współpracę nawiążemy? Już widziałam, jak jej plakat wisi w mojej kuchni, jak ją zdobi...Zachwycałam, zresztą nadal zachwycam się jej pracami. Więc piszę do niej z pytaniem czy zechciałaby namalować dla mnie plakat z przepisem na rosół. Pewnie, zgadza się, z chęcią namaluje, jak ja dokładnie to widzę? Więc odpisuję jak chcę aby wyglądał. Nawiązała się rozmowa między nami, dziewczyna z chęcią namaluje, ale .... dziwi się, a niemal w szoku jest, że o to proszę, kiedy ja sama pięknie maluję....
I teraz tak. 
Wielkie zdziwienie, zaskoczenie, myśl,czyżby mnie pomyliła z kimś? Jak to ja ładnie maluję? Jedynie przecież, co malowałam to pejzaże zimowe, na deskach, na koszulkach, nigdy nie robiłam szkicu warzyw i czegokolwiek w zasadzie, a ja do rosołu, takie właśnie potrzebuję. Przecież wyraźnie jej zaznaczyłam, że o takie mi chodzi, żeby było widać, że to szkic. 
Nigdy nie robiłam, nie wiem czy potrafię, nie czuję się na siłach. A przecież ona takie rysunki właśnie robi, być może kiedyś też zacznę rysować, ale może kiedyś... bardzo chciałam mieć taki plakat już teraz. A nie za 10 lat, jak poczuję, że jestem sama wstanie... Więc pisze jej to wszystko, ale nie odpisała. Bardzo mi się przykro zrobiło. Tym bardziej, że znacznie później, wstawiła na instagramie, zdjęcie swojej nowej pracy, warzywa do kuchni z podpisem... mniej więcej... po co kupować u innych jak można namalować samemu? 
Po co kupować u innych jak można samemu...?
Oczami rękodzielnika: by cieszyć oko cudzą twórczością, docenić. 
Rękodziełem to trzeba się dzielić, brać też trzeba umieć. By relacja była między nami rękodzielnikami,jak my sami siebie wzajemnie cenić nie będziemy, kto to to zrobi? 
Jak nie ma relacji to te rękodzieło jest martwe, bez życia. Ja bardzo bym chciała by ktoś, kiedy będę oferować do sprzedaży, to co stworzę, zobaczył, zachwycił się tak, by zechciał kupić. Jak mogę oczekiwać od kogoś by kupił moją rzecz, kiedy ja nie chcę kupować u innych? 
To taka moja droga dojrzewania w twórczości.
W tej drodze chodzi właśnie o to, by cieszyć się pracami innych osób, by wyjść poza obręb swojej twórczości.
Powiem Wam coś ważnego. Zrzuciłam z siebie myśl, że nie kupię cudzej pracy, bo mogę sama zrobić. I czuję się lżejsza, szczęśliwsza. Ulgę czuję. Za każdym razem, jak otwieram paczkę, cieszę się, że mam w rękach, coś co stworzył ktoś inny. To jest piękne uczucie. Potrafię to docenić, bo wiem ile to kosztuje... i nie mam na myśli wyłącznie pieniędzy.
Bardzo bym chciała, żeby też ktoś, kto otworzy paczkę ode mnie, też był szczęśliwy, przez ten moment otwierania papieru, dotykania zawartości, planowania, co dalej.
Kwestia finansowa a prace innych wygląda u mnie tak:
Jak się zachwycę czyjąś pracą, jak jest na sprzedaż kupuję.
Jak mam mało pieniędzy, a zależy mi bardzo, to zbieram i kupuję.
Jak nie mam pieniędzy, nie kupuję. 
Jak nie mam pieniędzy, a mogę zrobić sama, mam czas i chęci, nie kopiując tworzę sama. 
Nie ma nic bardziej blokującego, pomijając środki finansowe, jak myśl, że mogę zrobić to sama. Naprawdę. Ileż to ja rzeczy chciałam zrobić własnymi rękoma! Bo na swoje nieszczęście - piszę to całkowicie świadomie - jestem z tych rękodzielniczek, co potrafią zrobić prawie wszystko. Uszyję? Uszyję. Zrobię kolczyki, bransoletkę, naszyjnik? Zrobię. Stworzę kartkę, album, zakładkę? Zrobię, a dlaczego nie? Jakiś stroik, wyrzeźbić coś, ozdobić, zaaranżować? Jasne, jak się postaram, to zrobię. To taki kamień u szyi, ciążący mi bardzo. Móc zrobić wiele, nie wyspecjalizować się w niczym. 
A są rękodzielnicy, którzy właśnie się wyspecjalizowali w czymś i robią to świetnie! Myśl, że nie kupię u innego, bo mogę zrobić sama, zaoszczędzę przy okazji, była dla mnie blokująca. Od kilku lat "tworzyłam" zakładkę do książki, dla siebie. I dopiero niedawno, dojrzałam do tego, by ją kupić u innego twórcy, bo na razie nie ma nadziei, bym dla siebie stworzyła.
Myślę,  że te zmiany we mnie zaczęły następować powoli, od momentu, kiedy moje prace zaczęły być moimi własnymi właśnie. Kiedy przestałam kopiować, wzorować się na czyjejś twórczości. Kiedy zaczęły się pojawiać moje projekty, moje własne, autorskie.
Autorskie projekty to jest siła.
Ja się nie boję, że plagiat jakiś popełnię, i ktoś mnie na tym przyłapie że ktoś mnie oskarży, że moje prace są bardzo podobne do czyiś... Uważam, że nie ma nic w złego w inspiracji, ale cała reszta powinna być już nasza własna.
Jest tyle twórczych osób, z pod których rąk powstają wspaniale rzeczy, uwielbiam oglądać ich prace, przeglądać blogi, czytać, co mają do napisania, zachwycać się. Bo to, co robią, jest piękne. Kto nie lubi patrzeć, na piękne rzeczy? Po to zakładamy blogi, by pokazać, pochwalić się. Pokazujemy jak coś zrobić, motywujemy... inną sprawą zostać zmotywowaną do zrobienia czegoś, pisząc skąd jest źródło pomysłu, a inną skopiować i napisać, że to nasze.
Ja nieustannie jestem inspirowana. Wszystkim. Waszą twórczością przede wszystkim.
Jeżeli wchodzę na czyjś blog, profil, i piszę w komentarzu, że to jest piękne, wspaniałe, to znaczy, że właśnie tak myślę. Kiedy nie myślę tak, nie piszę. A jak już wywlekłam temat, to jeszcze muszę jedno nadmienić: Czasem mam wrażenie, że te "Piękne!", "Wspaniałe", "Ale masz talent!", "Chciałbym mieć coś takiego, zazdroszczę"... naprawdę, chciałbyś? Na górze strony, jest link odprowadzający do sklepu, prowadzę działalność, odprowadzam podatki, zapraszam do sklepu. Będę zaszczycony, jeżeli zechcesz mieć coś mojego. Tylko, że w wielu komentarzach, te "Piękne", "Wspaniałe". .. to lekkie nadużycie, i to nie tylko u mnie, mam wrażenie, że na wielu blogach. Ile osób, które są tak bardzo zachwycone, kupiło by tą cudowną pracę, gdyby zaproponowano sprzedaż?Przypomina mi się sytuacja z przed kilkunastu lat, w programie "Idol", kiedy to "Artysta" powiedział, że ma "talent", bo mu wszyscy tak mówili, uwierzył. A nie powinien. Swoją drogą, bardzo smutna historia, widać było, że chłopakowi świat się zawalił.
Pamiętam jak szyłam laleczki tildy, jaka zachwycona byłam, że mi tak ładnie wychodzą, ludzie kupowali, gratulowali mi, że mam talent... a mnie coś uwierało w tym, kiedy słyszałam słowa zachwytu, ale nie wiedziałam, co... A teraz, kiedy tworzę swoje własne, nie wstydzę się zainspirować się czyjąś pracą, ponieważ moją głowę niemal rozsadzają własne pomysły, i to jest moja siła. Nadal coś uszyję z tildy, na luzie, wyłącznie na prezent. A dlaczego nie? Mam kilka książek Tone Finnanger, a  tam jest wyraźnie napisane, że prace z tej książki można upowszechniać, dla siebie i na prezent. Nie na sprzedaż.... Stworzenie własnej laleczki, według własnego pomysłu daje więcej radości. I nie trzeba się bać, ze ktoś oskarży o plagiat. Jak toś stworzył autorską lalkę, to ta lalka jest inna. Nikt takiej nie będzie miał, i to naprawdę widać. Styl własny. Każdy z nas ma przecież inny styl, a on się uwidacznia przy wszystkich pracach.
Moje realizacje własnych projektów spowodowały, że stałam się otwarta na czyjąś twórczość. I paradoksalnie, kiedy zaczęłam realizować swoje własne pomysły, dodarło w końcu do mnie, że żadna ze mnie artystka. Też potrzebowałam do tego dojrzeć, by to zrozumieć. To nie znaczy, że nie chciałabym nią być. Ależ chcę, chcę bardzo. Pracuję nad tym. Każdym pociągnięciem pędzla, skrojeniem, uformowaniem.
Nie poświęcam swojego cennego czasu na kopiowanie, a na tworzenie. Autorskie pomysły sprawiły, że jestem pewna siebie, zaczęłam dostrzegać inne prace innych twórców, zechciałam cieszyć się nimi również. 
I nie kupuję ich po to, by na ich podstawie stworzyć coś. 
A może myśli tej pani od plakatu rosołu, wokół kopiowania też były...? Bo po cóż mi jej twórczość, kiedy sama mogę? Po co poprosiłam? Ja wiedziałam, po co, ale być może z jej strony, było zbyt wiele wątpliwości? A może jest inna odpowiedź, o której nie wiem. Są tak różne sytuacje w życiu przecież, nie sposób przewidzieć wszystkie.
Naprawdę ciężko ocenić, co kierowało jej postępowaniem,  myśl moja, że może nie odczytała wiadomości, szybko znikła, kiedy okazało się, że  wkrótce "odlubiła" mnie na Fb. Choć to też żadna wskazówka, bo Fb ma to do siebie, że sam odznacza, przynajmniej tak jest u mnie.
Plus tej całej sytuacji, jest taki, że zostałam zmotywowana do nauki malowania. 
Nic się nie dzieje bez przyczyny, jak jest przyczyna, to skutek też musi być. Być może ta pani po to się pojawiła w moim świecie(niefortunna rozmowa miała miejsce w styczniu), by mnie ruszyć, do przodu popchać? By te moje postanowienie noworoczne się zrealizowało. Choć jedne. I raczej powinnam jej dziękować? :)
Mogłabym poszukać innej artystki, która mogłaby zrobić mi taki plakat, ale nagle przypomniałam sobie , że moim postanowieniem noworocznym będzie nauka rysunku, że zacznę więcej malować, więc jak się już otrząsnęłam z tego odrzucenia to wpadłam na pomysł, że sama naszkicuję przepis na rosół, trochę to potrwa, ale spróbuję, bo  słuchajcie, uczę się! Nie chodzę na żadne kursy, niestety nie mam takiej możliwości, więc uczę się sama. Niedługo pokażę Wam moje ćwiczenia. Mam nadzieję, że będziecie się zachwycać razem ze mną :)
Pracami Innych też nadal się będę zachwycać, a jak będzie taka możliwość, to nawet kupię.


Te rysunki ze zdjęć pochodzą ze strony Merely Susan. Wspaniałe! A najbardziej przykuwająca jest informacja, że autorka jest bardzo młoda, nie ma jeszcze 20 lat, a osiągnęła tak wiele. Prawdziwy talent! Ponieważ dorobek, jak na jej wiek, jest zdumiewający. Dodatkowo jest zaradna, wie jak wykorzystać swoje zdolności. Już widzę Jej rozmowę kwalifikacyjną na studia.... Wszystkie ilustracje można zobaczyć Tutaj i na instagramie Tutaj


czwartek, 17 sierpnia 2017

Domowe lody

Pewnego dnia, Mąż zapytał się mnie czy mogłabym zrobić lody pietruszkowe? On, jako fan pietruszki z chęcią by takie spróbował. Bo o naci mowa. Jak Mąż mówi pietruszka ma na myśli nać, ja korzeń. Jak strawiłam temat (na początku byłam na nie) pomyślałam, że dlaczego by nie spróbować? Zrobię je, jak tak chce, choć trochę dziwny smak jak dla mnie, mimo, że nic do natki pietruszki nie mam. Wręcz przeciwnie, jestem świadoma jej właściwości.
Więc testowałam, sprawdzałam, aż wyszło coś całkiem całkiem.
Dzieciom jednak te lody nie za bardzo do smaku przypadły, więc drążyłam temat dalej i wynalazłam kolejne lody domowe.
Rzecz ważna: żadna ze mnie cudowna kucharka, jednak tak się złożyło, że tworzę nie tylko rękodzieło; jedzenie też tworzę, codziennie i wygląda na to, że nie przestanę, rodzina jeść musi przecież. A jak wyjdzie mi w tych moich zmaganiach  coś ciekawego, to jestem z siebie tak zadowolona (przyznaję, że najczęściej mi nie wychodzi), że aż chcę się tym podzielić.
I dzielę się z Wami, bo dlaczego nie? :)

Lody Adasia

  • Spora garść natki pietruszki
  • Śmietanka kokosowa 200 ml
  • 2 łyżki syropu z agawy
  • 1 łyżka skrobi arrarutowej*
  • 1 - 1,5 szklanki mleka kokosowego*
  • Duże awokado
  • 1 szklanka orzechów z nerkowca
Zalałam orzechy wodą i zostawiłam na noc. Rano wylałam wodę, wypłukałam dokładnie orzechy, zblendowałam na jednolitą masę. Wycisnęłam sok z naci pietruszki, 2 łyżki mleka kokosowego wymieszałam ze skrobią arrarutową.
Następnie, śmietankę kokosową ubiłam mikserem wraz z sokiem z pietruszki i syropem z agawy, wylałam do formy i, włożyłam do zamrażalnika. Zblendowne awokado wymieszałam z częścią mleka kokosowego i skrobią, wylałam masę z awokado na środek formy, masa pietruszkowa jest bardziej płynna i rozstępuje się na boki pod masą z awokado. Wkładam formę z powrotem do zamrażalnika. Gdy lody się chłodzą, mieszam masę z orzechów z resztą mleka kokosowego i wylewam na całość lodowej formy.

* Skrobia arrarutowa, jest bezglutenowa, stosowana do zagęszczania sosów, zup. Dobrze znosi niską temperaturę, zapobiega powstawaniu grudek. Skrobia ta źle znosi łączenie z nabiałem. Nie testowałam, co to oznacza, gdyż nabiału za bardzo nie mogę spożywać. Skrobię kupiłam Tutaj.
* Przepis na mleko kokosowe znajdziecie Tutaj, myślę, że można zastosować zamienniki, czyli na przykład jogurt naturalny bio, albo śmietankę, nie sprawdzałam tego jednak i nie wiem, jak będzie wyglądała konsystencja. Lody Adasia są chude, jak ktoś chce by były tłustsze, to mniej mleka więcej śmietanki.

Lody chałwowe z malinami

  • Pełna szklanka chałwy*
  • Śmietanka kokosowa 400-500 ml
  • Szklanka malin
  • Szklanka mleka kokosowego
  • Łyżka skrobi arrarutowej
  • Łyżka syropu klonowego
Skrobię wymieszałam z 2 łyżkami mleka koksowego, odstawiłam.Chałwę ubiłam ze śmietanką, wlałam do szczelnego pojemnika i włożyłam do zamrażalnika.
Maliny zblendowałam, następnie ubiłam ze śmietanką, dodałam skrobię i resztą mleka kokosowego. Wlałam do szczelnego pojemnika i schowałam w zamrażalniku. Podawałam lody chałwowe i malinowe razem. To są lody o dwóch różnych konsystencjach; chałwowe tłustsze,  malinowe bardziej jak sorbet. Pokropiłam syropem klonowym i posypałam kawałkami czekolady.

* Zrobiłam podstawę chałwy, dodałam do niej wiórki kokosowe i mak, przepis na chałwę domową znajdziecie Tutaj


sobota, 12 sierpnia 2017

Kąpiel

A wiec tak... jeżeli Ktoś śledzi moje przemiany żywieniowe, ten wie, że te moje zmiany trwają już od kilku lat.
Dla mnie jest oczywiste, że gdybym miała tak nagle wszystko od razu zmienić, te moje złe przyzwyczajenia na lepsze - mimo, że to tak ładnie brzmi i też ładnie by wyglądało - to na pewno nie udałoby mi się nic. Zupełnie nic. Ja to wiem.
 Każda lepsza zmiana choćby najdrobniejsza to ogromny sukces. I wcale nie przesadzam, pisze to korzystając z własnego doświadczenia. Wiem, że ciężko, a nawet bardzo ciężko jest zmienić swoje nawyki żywieniowe i przyzwyczajenia, zwłaszcza kiedy trwały one przez niemal całe życie albo, co gorsza, jak nie ma się wsparcia wśród najbliższych.
Dziś chciałabym poruszyć pewien wydawało by się, mało znany temat, jak pestycydy, którymi my wszyscy zajadamy się - o ile jemy warzywa i owoce - kupując je w warzywniakach (chyba, że są bio a my jesteśmy pewni na 100%, że to bio) albo w marketach.
Opowiem Wam , co robię, kiedy kupuję owoce i warzywa w markecie, a nawet warzywniaku:
Urządzam im kąpiel.
I to nie tylko pod bieżącą wodą, o nie, to nie wystarcza niestety. Wyobraźcie sobie, że większość stosowanych w rolnictwie pestycydów ma konsystencję wosku lub oleju, po to by ułatwić pracę tychże rolników, bo wiadomo, kiedy spadnie deszcz z nieba, opryski wtedy nie zejdą tak łatwo. Oleiste pestycydy nie są wyczuwalne w dotyku ani widoczne okiem, same mycie w wodzie nie wystarczy aby się ich pozbyć.
Staram się by mycie warzyw i owoców było nawykiem. Całość zajmuje zalewie kilka kilkanaście minut, a problemem jest wyłącznie chcenie, bo jednak jakieś czynności trzeba wykonać :) Ja to robię tak, od razu po przyjeździe do domu w misce kładę opłukane warzywa zalewam ciepłą wodą z octem, kiedy warzywa się moczą, mam co robić... potem wymieniam wodę na czystą, dodaję sodę, te 30 minut mija bardzo szybko.
Na rynku są specjalne środki do mycia warzyw i owoców, ale nigdy ich nie stosowałam. Po co, kiedy są tańsze a bardziej skuteczne zamienniki (specjalne płyny nie usuwają większości pestycydów, jedynie bakterie).
Ocet i soda oczyszczona + woda. Ja używam tylko to, ale kwasek cytrynowy i sól również można wykorzystać.
Są trzy kroki:

  1.  Usuwam szkodliwe bakterie płukając warzywa i owoce w wodzie o odczynie kwaśnym - na 1 litr wody pół szklanki octu jabłkowego (zwykły też może być), zostawiam na 2-5 minut
  2. Usuwam pestycydy płukając w wodzie o odczynie alkalicznym, na litr wody jedna czubata łyżka sody oczyszczonej. Zostawiam warzywa na ok. 30 minut. Woda od użytych oprysków staje się mętna. Najczęściej woda jest lekko żółta/caffe latte. Czasem, jak zdarzy mi się kupić w markecie np. cytryny, to przy płukaniu woda jest nie tylko mętna, ale ma tłusty film. Tylko pomyśleć, że to trafia do naszego organizmu, brrrr... ! 
  3.  Płukam w wodzie, ocet i soda nie zmieniają zapachu, warzywa wkładam do lodówki, i staram się użyć je jak najszybciej

Cieszę się bardzo z mojego przydomowego ogródka, jest wprawdzie mały, ale na przykład mam BIO  :) cukinię, marchewkę, pomidory, buraczki, fasolkę szparagową, ogórki, zioła... po resztę muszę niestety jeździć tu i ówdzie by jak jakiś prehistoryczny myśliwy zdobyć paprykę i brokuła... ale to nie minione czasy, gdzie kupiło się ziemniaka i wiedziało, że to tylko ziemniak....ale to czasy obecne, i niestety podejrzliwie trzeba patrzeć, co do koszyka wkładamy.  A więc tak:  ja myję i płukam warzywa i owoce, i myślę sobie, że znowu robię wszystko, co w mojej mocy...




środa, 9 sierpnia 2017

Ananas


Zaplanowałam sobie Dzień Ananasa, w myślach wszystko miałam równo ułożone, ułożone co do minuty. Przeszczęśliwe miny wszystkich na widok tego, co Im naszykowałam, w wyobraźni też miałam :)
Aby było zapięte na ostatni guzik do późna w nocy siedziałam dnia poprzedniego i lukrując ciasteczka śledziłam w wyobraźni scenariusz... ba! Nawet powyrywałam chwasty gdzieniegdzie w ogrodzie by oszczędzić busz rodzinie, by mogli się w schludnym miejscu wypasać, nie zrobiłam przez to prania i darowałam sobie sprzątanie...
W planach też ujęłam mężowską niechęć do ananasa. Wzięłam, lekko naiwnie pod uwagę, że nie cierpi tego owocu, no nie cierpi nie cierpi nie znosi, nienawidzi wręcz ale jak się dowie, z jakim ja cudnym pomysłem do Niego to aż się zachwyci.
Ale ten mój Mąż jest taki... bo na przykład nienawidzi okrutnie groszku, nie zje, nie spróbuje go, choćbym przed nim leżała plackiem błagając by tylko skosztował to nie, chwali się, że groszek to wyczuje na kilometr ale... ale jak na przykład zrobię jakieś danie z groszkiem, zblenduję z czymś, zrobię kotleciki czy inne cuda, a nie wie, że to z groszku, to zje aż mu się uszy trzęsą... więc Wiecie...
Ja sama jakoś szczególnie nie darzyłam większym sentymentem ananasa i, chyba ze względu na małżonka unikałam, do czasu oczywiście.
Bo na przykład dowiedziałam się, że jedzenie tego świeżego owocu, dobrze wpływa na spadek wagi. I Uwaga! Działa! :) ... chociaż przyznaję się, że pomagam sobie ograniczając ciasteczka... i czekoladki. Dowiedziałam się też, że Ananas jest skarbnicą wielu witamin (podobnie  zresztą jak wszystkie owoce), ale ten wyróżnia się tym, że zawiera w sobie enzym zwany bromeliną (bromelaina), który jest  silnym środkiem przeciwzapalnym, łagodzącym bóle (np. kolan), przyspieszającym gojenie ran, przyspieszającym również przemianę materii, ułatwiającym pozbycie się toksyn z organizmu i mającym wiele innych właściwości*
W internecie jest bardzo dużo informacji na temat tego enzymu, na dole postu dałam przykładowe strony.
Ale to wszystko to tylko taka dygresja, bo chciałam przecież napisać, że... zastosowałam typowe zaskoczenie, nie powiedziałam mu co planuję, postanowiłam uczynić Im wszystkim niespodziankę, wybrałam sobie dzień - niedziela - kiedy wszyscy jesteśmy razem.
A więc jest niedziela, a Ten mi z rana wyskakuje, że ma dla nas niespodziankę... że na wycieczkę nas zabiera, że to wycieczka z myślą o mnie (a mnie się już gorąco robi)  więc jemy śniadanie, do kościoła i leeecimyyy! Taki ma plan On.
Nigdzie nie lecimy, bo zostajemy w domu, i to nie jest żadna niespodzianka to jest dywersja - ja mu na to -że dziś zaplanowałam Dzień Ananasa i to jest moja niespodzianka. Jakiego ananasa?! - taki aktor się  z niego nagle zrobił, bo te zdziwienie z lekką irytacją bardzo naturalnie mu wyszło. Mówię, że niech nie udaje, bo dobrze wie o co chodzi, że gdzieś pewnie zaglądał w moje zapiski, i wiedział, że ja na dzisiejszy dzień planuje ananasowy dzień i dlatego taki przewrót zaplanował. On żadnego ananasa w domu nie chce widzieć -ja mu że to bardzo dobrze, bo to w ogrodzie będzie-Dlaczego ja mam takie pomysły? Dlaczego nie mogę wpaść na to by zrobić Dnia Boczku na przykład? Ja mu żeby się nie wygłupiał! Boczku nie będzie.  To on w odpowiedzi, że tego ananasa nie tknie.
Taki impas trochę się zrobił, nie spodziewałam się, że kiedy planowałam ja, w tym samym czasie planował On, ale najbardziej przerażała mnie wizja, w której, co jest wysoce prawdopodobne, że się zaweźmie i faktycznie nie ruszy ... Jak taka opcja zaczyna być bardziej realna, to trzeba się czasem pod boki wziąć, powiedzieć co się myśli, a ja na przykład myślę, że jak piszą o tym ananasie wszędzie, jakieś badania robią, że zdrowy, to trzeba przynajmniej skosztować, no i sam na świecie nie żyje, dzieci ma. A przecież wszyscy we wsi wiedzą, że przykład to powinien iść odgórnie. Więc niech dzieci widzą! Niech widzą, że Tata je ananasa sałatębrokułmarchewkizpomidorem, a nie tylko bułka z szynką i żółtym serem jedzona po kryjomu... a co myślał, że ja o tym nie wiem? Aż taki naiwny, że gdy będzie się jak dziecko ukrywał to ja się nie dowiem... że ja niby nie wiem, co do ust wkłada... ? I niech nie robi takiej miny, niech się nie uśmiecha pod nosem, bo o ananasie teraz mówimy. Dla dzieci niech przykład da! Niech się poświęci! I dobrze niech będzie też po Twojemu, jedziemy tam gdzie Ty chcesz ja jestem grzeczna, a potem Wy z ananasem się polubicie.
Pół dnia z ananasem się odbył,  na świeże owoce to już było za późno; wróciliśmy późnym popołudniem, więc zaserwowałam ananasy zapiekane i ciasteczka a same owoce służyły już tylko za dekoracje. Miało być mnóstwo jedzeniowo ananasowych atrakcji na cały dzień a było na kilkanaście minut, ostatecznie okazało się, że Mąż był zadowolony, dzieci zachwycone bo nie wiedziały nic o starciu się dwóch sił, a dzień miały przecież pełen wrażeń.
Ale ja sobie tak myślę... że jak sobie tak zaplanujesz dokładnie co ma być, to zawsze ale to zawsze musi coś wyskoczyć. I druga sprawa;  człowiek uczy się na błędach, prawda? Nigdy więcej ananasowych niespodzianek z zaskoczenia dla Męża, od teraz będzie od samego początku brał w nich czynny udział, bo sam przyznał się, że ostatecznie nie było tak źle :) Trzecia i ostatnia; jak najwięcej takich dni tematycznych, dzieci były zachwycone.

*Trochę o bromelinie tutaj i trochę Tutaj

Zrobiłam nadziewane ananasy, przepis  Tutaj znajdziecie, ja go trochę zmodyfikowałam, zamiast ryżu dałam komosę ryżową, nie dałam mąki.
Ciasteczka upiekłam z przepisu, który pojawił się kiedyś na blogu Tutaj polukrowałam korzystając z naturalnych ubarwiaczy; żółty to kurkuma, a zielony to herbata matcha.
Sukienka Martynki. Idealnie się wkomponowała w dzień, kupiłam ją podczas Jarmarku u babci Anny w Nikiszowcu. Śliczna ta sukienka, żywe intensywne kolory, takie letnie. Wprawdzie mało prana, ale już po drugim wrzuceniu do pralki wiem, że długo utrzyma swoją jakość. Kupiłam u bardzo sympatycznej Pani, za dość przystępną cenę Firma bi bello mają stronę Tutaj więcej wzorów i materiałów można zobaczyć na Fb Tutaj Tutaj planuję napisać do właścicielki z prośbą zrobienia spódnicy z tego samego materiału spódniczki jaką ma Martynka - wiem, że jest taka możliwość. Z tego co zauważyłam, nie wszystko to, co widziałam na stoisku jest na stronie.

piątek, 4 sierpnia 2017

Religijne


Jeszcze 4 miesiące temu część książek były przez Martynkę wałkowane niemal codziennie, do snu kołysały Ją historie biblijne, formułki spowiedzi i przykazania. Na czas Komunii Świętej.
Mam sierpień i wiele się nie zmieniło. Wprawdzie odpuściła sobie formułki i przykazania, ale książki z motywem religijnym, co zrozumiałe dla mnie, nadal przegląda. Niektóre nawet bardzo, i o nich w dzisiejszym poście będzie mowa.

Świetliki Miłosierdzia, brat Tadeusz Ruciński FSC. To jest książka Przemka, dostał ją z okazji przygotowań Siostry do Komunii, każda okazja do wręczania książek jest dobra ;) Jest to, od dłuższego czasu najczęściej wertowana przez nas pozycja.
Jest dedykowana dzieciom i myślę, że rodzicom też... gwoli przypomnienia. Zawiera w sobie 31 krótkich opowiadań. Opowiadań mądrych, wzruszających, niosących przesłanie. Na każdej stronie są pytania, do każdego opowiadania pytań jest sześć, przykładowo do opowiadania Mały Kolumb są takie: Gdzie niektórzy szukają szczęścia? Czy szczęście jest gdzieś daleko? Co można znaleźć, będąc bezdomnym? Jak można stracić swój dom? Czy można stracić czyjeś serce? Jak odzyskać swój dom i bliskie serce?
Niczego sobie pytania, prawda?
To są krótkie opowiadania, wiec idealnie nadają się do czytania przed snem, warto jednak po przeczytaniu porozmawiać chwilę o tym, co usłyszeliśmy...
No i ilustracje, są takie ciepłe, pogodne, idealnie pasują do tej książeczki.

Anioł Stróż od wszelkich wypadków, G.Scholz, M.Elitez. W środku znajdziecie 13 opowiadań; zwariowanych i szalonych niekiedy a to za sprawą aniołków, które są głównymi bohaterami - Błękitek, Wichurka, Skwarek i nie aniołek, Cerberek. To jest książka do pośmiania się, do powiedzenia sobie na końcu Ufff! Udało się! Mój Anioł mnie uratował... tym razem.
Ilustracje barwne na śliskim papierze luźne historie z humorem - na jednym wydechu ;) Tak bym tę książkę określiła.
To książeczka - moim zdaniem - dla młodszych dzieci, oczywiście 8 latka, a nawet 30 latka poczyta i posłucha, ale wiek jaki mi się wydaje najodpowiedniejszy to jakieś 3/4, 4/5 - 6 lat, to moja subiektywna opinia.

Biblijne historie spójrz i znajdź, Przygody Starego Testamentu, Jezus spotyka ludzi Ch. Thore, G. Guille. Kupiłam je dla Martyny, aby nieco odświeżyła sobie wiedzę z Biblii...
Ja już Wam kiedyś pisałam, że bardzo lubię książki wyszukiwanki, a najbardziej te, które mają w sobie dopracowane rysunki. Staranne w morzu szczegółów. Dziecko musi się trochę wysilić by znaleźć - oto właśnie chodzi.
Każda opowieść ma dołączoną zakładkę, na której z wierzchniej strony jest opowieść biblijna z przypisami, a w środku po odchyleniu karty, propozycja zabawy: Odszukaj, gdzie znajdują się...
Tak się właśnie zastanawiam - a mam powody - komu się one bardziej podobają, dzieciom moim czy mnie? Kręcą mnie książki dla dzieci niesamowicie.
Biblijne historie w grubym kartonowym wydaniu, w formacie A4, starannie wykonane, idealne dla każdego, w każdym wieku, myślę, że nie przesadzam.

Biblia komiks, S. Cariello, D. Mauss. Ja ją kiedyś widziałam, chyba na półce w księgarni, albo może na jakieś stronie, nie pamiętam. Pamiętam natomiast jakie odczucia wywołała w mojej głowie. Bardzo przeciwna jestem (byłam?) takim rozwiązaniom, bo Biblia to Biblia a nie jakiś.... komiks. I nie mam nic przeciwko komiksom, napiszę więcej, jestem ich fanką, kiedyś będzie osobny post o nich. Jednak Biblia komiks do mnie nie przemawia.
Córka prosiła o nią, bo widziała w klasie, że ktoś ma, że fajna, że też chce... a ja, że nie.
Otrzymała ją w prezencie komunijnym od ukochanej Cioci... i dobrze się stało, w sumie.
Ma 752 strony, przeczytała całą kilka razy, doczytuje sobie w ciągu dnia urywki, pochłonęła ją totalnie, to właśnie tę księgę muszę wyciągać z łóżka w środku nocy, bo zasypia przy niej lub na niej.
Grzbiet odpadł, moim zdaniem przy takiej ilości stron powinna być zszyta nie sklejona.
Czy ją polecam? Ja to jednak jestem staroświecka:  na to wychodzi, że się  nie znam, ale widzę swoje dziecko, i dobrze się stało, że ją ma.