środa, 29 listopada 2017

BOHATEROWIE DZISIEJSZEGO WPISU - orzechy, liście, jabłka, gruszki


Miałam w planach napisać jakiś wzniosły tekst pod tymi malunkami, aby Wam w pamięci pozostał na długo,  jednak wygląda na to, że to nie nastąpi.
Patrzę na monitor i nic mi do głowy nie przychodzi.
Może dobry byłby tekst typu; kocham jesień za to... i za tamto i dlatego namalowałam...
Czy też: Ach ta nasza polska złota jesień... choć to trudne, bo za oknem aktualnie pada śnieg.
Albo może o tym, że nie wiedziałam czy mi się uda namalować liście... bo pewnie mi nie uwierzycie.
 Choć to prawda. Całkowita.
Właśnie teraz przelewam swoje myśli a post pisze się sam... może coś mądrego uda mi się sklecić?
Aż dziw, że tytuł wpisu powstał bez większego wysiłku.
Ale co ja miałam napisać...
Może tak:
Naprawdę, męczące jest ciągle udowadniać sobie coś, co powinno być sprawą oczywistą.
Że też musiało się stać tak, że w moim życiu nie ma  nikogo, kto by mi dopingował, mówił: to jest dobre, idź w tym kierunku albo, spróbuj jeszcze raz, nie poddawaj się.
Jestem sama sobie lustrem, a te moje lustro oddaje skrzywiony obraz...
Naprawdę męczące jest udowadniać sobie w ogóle coś.
Powinnam już na wstępie wiedzieć, że jestem w stanie namalować choćby ten liść z jabłuszkiem, ale nie... moje pierwsze kreski ołówkiem były całkiem nieporadne, z każdym krokiem coraz pewniejsze. A potem trach! Od nowa, ta niepewność czy dam radę pokolorować, to co narysowałam.
A potem te głupie zdziwienie, że mi się udało.
Oczywiście, że mi się udało!
Dlaczego miałoby się nie udać?
Jak ćwiczę i ciągle próbuję, co nie wyjdzie to zmazuję, i rysuję od nowa...
To wtedy musi wyjść.
Nie, inaczej: nie musi... to wtedy wychodzi!
Ale nie... jak się ma obniżone poczucie własnej wartości, to choćbym namalowała 200 takich liści, to i tak na wstępie, lękałabym się czy dam radę. A potem, na końcu, te denerwujące zdziwienie, że się udało.
I o ile prościej wyglądałby ten proces, gdyby te moje poczucie wartości było na swoim miejscu.
A ono sobie lata, w tę i we w tę.
Niby nie ma, a jak przywołam, to jest.





wtorek, 21 listopada 2017

LISTOPADOWE ZAWIESZKI NA GRUDNIOWĄ CHOINKĘ

Gorzej jest zacząć, czyli wyciągnąć, przeprasować, wyciąć, szyć... ale z tego wszystkiego najgorzej jest przewrócić na prawą stronę, zwłaszcza jak jest to maleństwo.
Ale jak już przewrócę i wypełnię watoliną, to... czuję ulgę, że przewracanie na prawą stronę jest już za mną :)
Ani razu nie pomyślałam karcąc siebie, że wymyśliłam taki szpetny wzór, co utrudnia przeciągnięcie noska na drugą stronę. Wiecie dlaczego? 

Bo ten wzór jest idealny.

Lepszego nie mogłam stworzyć. Nie wymagał od samego początku, żadnego dopracowywania. I najważniejsze, jest mój. 
To nic, że ciężko przecisnąć przez tę wąską szczelinkę, wiem po prostu, że ten etap w tworzeniu musi być zrealizowany, i to najlepiej z uśmiechem na twarzy, by dobra energia zaklęła się w tym buciku. 
Łyżewka jest malutka, razem z płozą ma ok 7cm, mieści się luzem w dłoni. Choć po zdjęciach tego nie widać.
Pojawiają się nowe wzory, będzie ich coraz więcej, choć te stare możecie zobaczyć Tutaj Tutaj Tutaj Tutaj
Koniecznie muszę Wam też wspomnieć, że czuję się niezwykle podekscytowana, kiedy aranżuję scenkę pod zdjęcia. 
Z całą pewnością, te wszystkie moje scenki nie są idealne, ale na ten moment w twórczości,  w jakim obecnie znajduję, aranżowanie przynosi mi ogromną radość. 
No lubię to robić! :)




środa, 15 listopada 2017

ŚNIADANIE BEZ UDZIAŁU CHLEBA - na szybko


Chciałam zrobić dzieciom niespodziankę na śniadanie, więc wymyśliłam sobie Śniadanie z Muminkami, jakoś tak się złożyło, że tych postaci w kuchni jest całkiem sporo. Zbierane od kilku lat garnuszki, kubki z roku na rok powiększają swoją liczebność, a moja ukryta (bo nie spodziewałam się) słabość do Muminków doprowadziła mnie do zagracenia w kuchni.
I tak kupuję, co jakiś czas, jak się nadarzy jakaś okazja, jakiś kubeczek, łyżeczkę, talerzyk...
Na temat tego śniadania miałam wspaniałe wyobrażenia, w praktyce okazało się, że jest tak jak zwykle. Więc zdjęcia są tylko do pewnego momentu, zresztą już na ostatnich ujęciach widać, że cośśśśś się zaczyna dziać: w pewnym momencie impreza przeniosła się na podłogę, kończąc część reprezentacyjną śniadania :)
Chciałam Wam pokazać herbatki i kawę z Muminkami, ale naprawdę nie zdążyłam sobie zrobić herbaty... To znaczy, herbatę zrobiłam, ale ekspresowo do kubka, nie było mowy o delektowaniu się... nie, ja tu narzekać nie będę, ale słuchajcie, napić się w spokoju herbaty, to człowiek chyba może?... Może? Okazuje się, że nie może! 
:)
Jak mam możliwość robię śniadanie bez dodatku chleba; śniadanie takie jak poniżej, albo omlet na kaszy jaglanej.

Śniadanie (na dwie porcje)

  • Opakowanie jajek przepiórczych
  • Pół łyżeczki oleju (koksowego)
  • 2 pomidory obrane ze skórki
  • Pół awokado
  • Łyżeczka oliwy z oliwek (z tłoczenia na zimno)
  • Szczypta czubrycy, czarnuszki
  • Garść kiełek na patelnię
  • Szczypta soli
Jajka smażymy z odrobiną soli, na końcu dodajemy czubrycę. Jajecznicę wykładamy na talerze, ozdabiamy cząstkami pomidorów, awokado, posypujemy kiełkami, czarnuszką, kropimy oliwą.