poniedziałek, 30 stycznia 2017

Podchody


Ile ja podchodów do tej tacy robiłam, to zliczyć nie mogę. Bo to nie raz, ale kilkanaście razy, nie w ciągu miesiąca ale w ciągu kilku lat, i tak leżała, samotna, niedokończona, czasem nawet zapomniana na jakieś półce. Aż któregoś dnia pomyślałam, że dam ją komuś w prezencie, z powodu jakieś okazji. Jak to zazwyczaj bywa, okazja miała swój konkretny termin, więc nie było mowy o odwlekaniu, o podchodach. Wyciągnęłam tacę, nawet farby, zaczęłam malować... i utknęłam na kilka dni, bo chciałam namalować wodę, ale kompletnie nie wiedziałam, jak to zrobić, leżał malunek na biurku jak jakiś wyrzut, że boję się, że temat tej wody mnie trochę przerośnie, ze strachu przed nieudanym malowaniem nie ruszałam tacy. I gdyby nie termin, to zapewne znowu schowałabym ją na półkę. Zmusiłam się, i w zasadzie to był moment z tym malowaniem, a cała praca powstała w ciągu 2 dni, razem z lakierowaniem. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ to jest twórczy blog (z dodatkami :), a mowa o tworzeniu. I też morał muszę na koniec stworzyć, by wpis miał sens ;)
Być może nie jestem jedyna, która zwleka z tworzeniem, tylko dlatego, że nie wie jak podejść do tematu, na starcie się zniechęca, bo się nie uda, bo się boi, że nie da rady. A później okazuje się, że świetnie sobie dałam radę, i warto by było uwierzyć w swoje zdolności, bo przecież tracę na tym... jak się ma związane skrzydła, to nie sposób je rozprostować by dalej lecieć, rozwijać się. Doskonalić. Oczywiście woda nie wyszła tak, że nie miałabym się do czego doczepić, ale jak na pierwszy raz mogę napisać,  że się udała.
Chciałam uwiecznić etapy powstawania, zrobiłam jedno zdjęcie, malowanie wchłonęło mnie totalnie, bo kiedy odłożyłam pędzel było już po. Po myśleniu,  że mi się nie uda namalować wody, po podchodach; okazało się, że taca jest ostatecznie skończona - można ją dać w prezencie, że jedna z rzeczy, która leżała w domu zaczęta a nie skończona wybędzie dalej. Opuści dom i będzie cieszyć oczy kogoś innego. Pozostało jedynie uczucie znane twórcom, uczucie przyjemności po dobrze spędzonym czasie twórczym. Ach! I jeszcze świadomość, że namalowanie zamarzniętej tafli lodu było dla mnie nieosiągalne, a po wielu próbach w końcu się udało, to... to przecież mogę spróbować malować dalej, co innego, tak samo trudnego! Jeżeli chodzi o to by próbować dojść do celu, to będę ćwiczyć ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Z taki nastawieniem można wszystko. I też jest to dobry początek, by wzmocnić wiarę w siebie...
...Ale przynajmniej kawałek deski ma swoją sesję, podczas spaceru z dziećmi... w zasadzie nie powinnam pisać, że to był spacer ani sesja, była to raczej wyprawa z przygodami, ostatecznie dzieci wróciły mokre i brudne.
... no to co? Chwytam się teraz za coś innego...
... może najpierw posprzątam, bo te dwa dni malowania jednak pozostawiło piętno na pokojach


niedziela, 22 stycznia 2017

Instagram


Mój blog powoli zmienia swój image, co mnie bardzo cieszy, bo gdyby nie zmiany,chęć pisania o sprawach innych niż tworzenie, rzadko umieszczałabym posty o tym, co można nazwać rękodziełem. A tak, mam szansę pojawiać się w tym miejscu częściej. Założyłam sobie, ze w raz z nowym rokiem będę umieszczać jeden post na tydzień, to jest 4 posty w miesiącu, systematycznie. Niby nic, ale jak obserwuję już teraz, to jest nielada wyczyn. W ubiegłym roku takich twórczych postów powstało zaledwie 11. I to tylko dlatego, że napędziłam statystykę w grudniu. Gdyby nie potrzeba wykonania prezentów świątecznych dla bliskich, w 2016 r. wpisów byłoby zaledwie kilka.  Bo teraz więcej mnie w kuchni niż przy biurku, co bardzo widoczne jest na instagramie. W końcu odważyłam się wejść w inną społeczność.  Trochę się podśmiewuję, bo żeby to zrobić, musiałam sprawić sobie najpierw telefon. Przez ponad 10 lat miałam aparat, który dzwonił i wysyłał sms, i tylko tyle. I nie czułam potrzeby by mieć coś lepszego. Teraz czuję, że chcę iść do przodu więc mam taki, który może wysyłać chyba wszystko, ma internet i inne cuda na kiju... i to nie jest jakiś nowy model, który dopiero co wszedł na rynek, ale w porównaniu z tym, co miałam wcześniej jest przepaść nie do zapełnienia. Staram się z tym telefonem nie szaleć, w internet wchodzę rzadko, celowo nie pobrałam aplikacji Fb, mam tylko Instagram. Mam nadzieję, że będzie tak zawsze. Jak stoję długo w kolejce, nie przesuwam non stop palcem po wyświetlaczu, wtedy czytam książkę sobie albo dzieciom, albo najzwyczajniej rozmawiamy, wymyślamy bajki, albo obserwujemy ludzi... albo telefonu w ogóle nie mam przy sobie, zdarza mi się nawet o nim zapomnieć. Wprowadzając instagram do mojego życia, ominęłabym się z prawdą gdybym napisała, że nic się nie zmieniło, bo jednak trochę się zmieniło, chociażby to, że dzieci czekają na jedzenie... czekają aż zrobię zdjęcie. Tragedii nie ma, bo zdjęcia nie robię dłużej niż 10, 15 minut, ale Młody i tak jest wiecznie głodny, zazwyczaj przebiera nóżkami ciągle pyta
"Już? Już zrobiłaś zdjjjjjęcieee? ... Tynka czeka cierpliwie, Ona z kolei rzadko bywa głodna. A jak już się najedzą, to robią zdjęcia, Tyna szumnie przygotowuje sesje, Młody robi fotki.
 Instagram powoli mnie wciąga, robienie zdjęć zawsze mi się podobało, cieszę się, że mogę trochę poćwiczyć, sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie. Na początku planowałam mieć jasną tonację zdjęć, chciałam aby panowała biel i szarość, bo tak bardzo mi się ona podoba, taka gama kolorystyczna, albo zdjęcia w ciemnej, szaroczarnej tonacji, przełamane jakimś jaśniejszym ale nadal chłodniejszym kolorem, takie ujęcia są bajeczne, zachwycam, podziwiam profile osób, które takie zdjęcia wykonują, i też sama bardzo bym chciała... ale wychodzi, a w zasadzie wyszło szydło z worka, i na moim profilu są same barwne kolory. No trudno (śmiech). Link do mojego konta instagramowego zawsze będzie na górze paska bocznego, serdecznie zapraszam.

sobota, 14 stycznia 2017

Co za dzień...

Co chwycę w te ręce, to mi wylatuje, nie chce wejść gdzie trzeba, malowanie idzie jak po grudzie... ja nie wiem, co z tą weną, przychodzi kiedy jej się chce, a nie wtedy kiedy trzeba... Młody za uchem dopomina się tego, tamtego, tu się wylało, tu spadło, stłukło, tu siku i cała reszta, no po prostu udręka, jeszcze jak wróci Młoda ze szkoły to dopiero się zacznie... ten rwetes... Co za dzień! Okropny... gdyby za oknem jaśniej było, może byłoby lżej... a tu nic Nie wychodzi... taki dzień. A o taki dzień chodzi, co nic nie wychodzi, nic nie jest zrobione, bo się nie da, godziny mijają a tu nic, i do łóżka człowiek się kładzie z niczym w zasadzie, i ma poczucie, że do niczego wszystko, że te wszystko o tak, przez palce ucieka, jak woda.
Pomyślałam, że zrobię sobie herbatę, przynajmniej sobie wypiję coś ciepłego, bo zimno. Otwarłam witrynę, na wysokość oczu kubki, same najładniejsze. Nigdy tego nie robię, ale tak mi spasował kubek męża, że sobie go wypożyczyłam, z tym NIE... widziałam, jest wersja damska, muszę sobie taki sprawić... jak już wzięłam się za pożyczanie, to zagarnęłam zaparzaczkę córki, moja jakoś by nie pasowała, przynajmniej się rozweselę, wspólne zaparzaczki też mamy, każdy swoją też, jakby się kto pytał... i tak się potoczyło.
Przypomina mi się sytuacja z Młodą, kiedy nie chciała, nie umiała, nie potrafiła posprzątać w swoim pokoju, strasznie się męczyła, ja razem z nią, proszenie, tłumaczenie nic nie dawało, co jej opróżniłam półki, to do nich wracało wszystko to samo, rozbabrane, nie posegregowane, takie śmietnisko, jak by nie umiała posprzątać raz a porządnie. Dziewczyna jak nic motywacji potrzebowała, więc postanowiłam Jej dostarczyć taką. Powiedziałam, że ma 10 minut na posprzątanie tego bajzlu, a potem jak nie zobaczę efektu w postaci równo ułożonych rzeczy, wyrzucę jakiegoś Pet shopa do kosza!... 10 minut!
I słuchajcie, 10 minut wystarczyło... szok... normalnie. Niby nic Jej w tym porządkowaniu nie wychodziło, w zasadzie godziny (!) mijały na "sprzątaniu"... a tu taka niespodzianka.. trochę motywacji, i jak czysto. I się dało. Posprzątać. W 10 minut.
... Ściągając zaparzaczkę Młodej z relingu, rozmyślałam sobie o motywacji. Bo ile spraw więcej by się do przodu potoczyło, gdyby ktoś tak mnie też motywował, do przodu pchał, kiedy dzień jest na Nie. Bo samej to ciężko na to wpaść, kiedy ów dzień w rękach się rozsypuje....
... Kto by pomyślał, że zwykła herbata może być taka pchająca do przodu? Po niej, to jak lawina potoczyły się losy dzisiejszego dnia. Do herbaty czajniczek, bo jak Młoda przyjdzie z tej szkoły, pewnie by chciała coś ciepłego się napić, więc zrobię więcej, i podgrzewacz koniecznie, by jednak herbata ciepła była. Swoją drogą, super sprawa te podgrzewacze na świeczki, one naprawdę trzymają temperaturę! Jeden tealight  trzyma czajniczek w umiarkowanym cieple do 2 godzin, naprawdę to sporo czasu... słodyczy w domu nie było. I całe szczęście, bo gdyby były, to zapewne o herbatce bym nie pomyślała, więc o lawinie mowy by nie było, a ta lawina to mi dzień uratowała, jak nic. Mam udawane babeczki, takie idealne do zaparzaczki, więc sobie wkomponowałam w układ, i jak zobaczyłam co przede mną leżało, to za aparat chwyciłam... i się zaczęła... lawina...
Porobiłam zdjęcia, nieplanowany post będzie, też całkiem niespodziewanie, naszła mnie myśl, by posprzątać, bo brudno się porobiło.
Już tak mam, że latając ze ścierką po pokojach, wchodzę wówczas w rozmyślaniach w głąb siebie, myśli mnie nachodzą, dzisiejszego dnia, takie:
... że narzekać można, ale potem koniecznie do roboty się wziąć, by jakiś morał z tego był
... że jutro mogę nie zdążyć posprzątać, jutro może już nie być, a głupio byłoby brud po sobie taki pozostawić
... że jak już posprzątam, i będę miała czysto, to sobie usiądę i książkę wezmę, i poczytam... O! Herbatę też sobie zrobię, do tego czytania - i już mam wizję,a w niej ten słodki obrazek.
I tak sobie rozmawiam w tych myślach ze sobą. Gdy już posprzątałam, naleśniki dzieciom zrobiłam, po nich niespodziewanie pomysł spadł, że na spacer. A na spacerze istne szaleństwo, wszystkie rowy odwiedziliśmy, długo nas nie było, zziębnięci i mokrzy do domu bo obiad zrobić trzeba. A obiad w tym dniu dwu daniowy. Jak nigdy. Potem zadanie domowe, jakieś zabawy, czytanie - każdy sobie, kolacja, kąpiel, czytanie do poduszki -  to My, dzieciom.
Jest godzina 23.14, patrzę na zegarek w komputerze, dzieci śpią, kończę pisać post. A może jednak skończę jutro i od razu opublikuję, bo dziś już nie dam rady, chcę jeszcze książkę poczytać... o herbacie nie mogę zapomnieć... herbatka musi być. Czytam kilka kartek i odpływam ze zmęczenia.... Coś cudownego! Taki piękny dziś dzień był, czuję, że go nie zmarnowałam... a tak blisko było.











poniedziałek, 9 stycznia 2017

Smalcówki

Ten wałek z wielką werwą opadał na tę stolnicę, unosząc wysoko mączny pył. Ile to trzeba było mieć siły! By ten kawałek drewna tak unosić, i turlać nim po cieście, raz po raz, raz po raz... mocno przyciskać, moooocno, a potem unosić jedną ręką, drugą dłonią ciasto przewrócić i oprószyć mąką, równomiernie roznieść biały proszek, pozwolić by wałek znów opadł na ciasto, mocno przycisnąć do masy i turlać po niej, raz po raz, i jeszcze raz... Tysiące ruchów wykonanych, czas na ten moment wydłuża się jak guma, ten czas na dociskanie wałka do ciasta...  jest czas na unoszenie, przewracanie, jest też czas na odgłos plasku jaki robi opadające ciasto, ten czas,  zatrzymany na moment unoszącej i opadającej mąki, to jest czas na tworzenie się magii. Jest czas na zapisywanie tej magii w oczach dziecka, który to wszystko widzi, który to wszystko notuje, zapisuje w tej swojej małej wielkiej główce. Kolaż z zapisanych magicznych momentów. Bo jeżeli po 30 stu latach charakterystyczny stukot opadającego wałka, opadającej mąki obudzi wspomnienia, Te wspomnienia, to Ten moment musiał być magiczny, że się tak trwale zapisał.
.... Mam takie marzenie, by tych magicznych momentów, w głowach moich dzieci zapisać jak najwięcej... bo te wspomnienia pełne magii nie tworzą się z momentów, kiedy dziecku mówi się "nie ruszaj tego!", "zostaw, bo się wysypie", "lepiej nie rób - bo to trzeba mieć siłę, by ten wałek tak mocno..", "nie - mama to zrobi (lepiej)"... Ten magiczny czas, zatrzymuje się właśnie w chwili, kiedy te małe rączki chwytają wałek, kiedy mogą turlać po cieście, przejęte swoim zadaniem, moment, kiedy łapki poczują miękkość tego ciasta, zamknięty w kadrze uśmiech mamy, radosna odpowiedź,  oglądane z wypiekami na twarzy rośniecie ciasteczek... w ciepłym piekarniku.... wypiek inaczej smakuje, jak małe rączki same te ciasto wyturlały.
I jak taki dorosły, pod tym kątem zabierze się za pieczenie z dziećmi, to łatwiej zniesie rozciapane żółtko w białku, kiedy nam w tym wypieku o bezę chodziło... słoik z dżemem, otwarty był jak sunął się ze stołu, wszystko tym dżemem obryzgane, i te podziurawione opakowanie z mąką, co się jego zawartość wysypała na podłogę, na szafki, na odkryte półki, no wszędzie ta mąka. Mniej ten bałagan boli, kiedy nastawienie inne... I ten czas zwykły dorosły, poświęcony czas, łatwiej pogodzić z tym, że upieczenie ciasteczek z planowanych 0,5 godziny przekształci w 2 godzinne oblężenie... Będąc rodzicem w jakimś momencie stajemy się odźwiernymi do magicznych chwil, to my otwieramy bramy, by nasze dziecko mogło przejść, zajrzeć bez przeszkód przez nie, nasycić oczy, to w naszych rękach jest by tego czasu magicznego było jak najwięcej... to wszystko dla dzieci. Bo w innych przypadkach, jaki jest sens bycia rodzicem?
Teraz pytanie: o ile więcej z tego robienia smalcówek dzieci zapamiętają, kiedy będą tylko przyglądać się wałkowaniu mamy, a ile zapamiętają, kiedy w tej robocie będą też uczestniczyć?
Tynka i Przemek poprosili mnie byśmy pieczenie smalcówek powtórzyli... ale jeszcze nie wiem... najpierw muszę dojść do siebie.... żartuję, smalcówek w tym sezonie już nie powtórzymy, robimy je raz w roku, w okresie świątecznym, ale jutro... będziemy razem gotować zupę, taką zwykłą, niezwykłą jednocześnie, bo to będzie zupa z Czasem magicznym...